Blog posts

Emigracja. Nowy początek, czyli o tożsamości słów kilka.

Emigracja. Nowy początek, czyli o tożsamości słów kilka.

Emigracja, Przemyślenia

Kilka lat temu, niedługo po mojej przeprowadzce do Australii, firma dla której wtedy pracowałam wysłała mnie do Flinders Ranges. To dzikie pasmo górskie w stanie South Australia, czerwone skały i pyliste powietrze, wrota do Outbacku.

Brałam udział w 45-km trekkingu w okolicach Wilpena Pound. To piękne, odludne miejsce, coś na kształt ogromnego krateru wulkanicznego. Właśnie rozpoczęliśmy drugi dzień marszu, był maj, czyli australijska jesień. Powietrze było suche i wciąż bardzo gorące. Szliśmy korytem wyschniętej rzeki. Wokół była cisza i srebrzyste eukaliptusy. Ostatni raz widzieliśmy przypadkowych przechodniów ponad dobę temu, znajdowaliśmy się na prywatnym terenie, szlak nie był wyznaczony, prowadził nas przewodnik. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przy jednym z drzew. Przewodnik wskazał na małą, blaszaną plakietkę przybitą do eukaliptusowej kory. Wszystko wskazywało na to, że upamiętniała ona miejsce pochówku pewnej Francuzki, jej historia nie była znana. Na tabliczce napisano tylko, że urodziła się w Paryżu, ale to właśnie Flinders Ranges ukochała najbardziej.

Wtedy pomyślałam sobie… umrzeć tak daleko od domu. Być pochowanym w „obcej ziemi”. W dodatku na takim odludziu. I czy to ma w ogóle znaczenie? Czym w takim razie jest dom? I co sprawia, że czujemy się gdzieś obco?

Są takie miejsca na świecie, w których nie mogłam się odnaleźć. Były to przede wszystkim Wyspy Cooka, pośrodku Południowego Pacyfiku. Krajobraz, jak się można domyślić, był bajeczny, ludzie – najmilsi na świecie. Spokojnie usposobieni, uśmiechnięci, przyjaźni. Pomimo to, nigdy nie czułam się tak daleko od domu, jak tam. Duży wpływ na to miała zapewne izolacja archipelagu, geograficzne umiejscowienie na mapie. A jednak, Australia też jest izolowaną wyspą, a jej krajobraz i przyroda nijak nie przypomina tej polskiej, pomimo to, nie czułam się tutaj nigdy aż tak obco. Zrozumiałam wtedy, że chodzi o kod kulturowy, który wraz z językiem jest wyznacznikiem tożsamości narodowej. Na Wyspach Cooka wiedziałam, że nigdy przenigdy nie zrozumiem tamtejszej mentalności. Nie znaczy to jednak, że gdybym zdecydowała się tam zamieszkać, ci ludzie nie dopuściliby mnie do siebie, do swojego życia, swoich tajemnic. Pewnych rzeczy nigdy nie czułabym tak jak oni, ale przypuszczam, że wiele mogłabym zrozumieć, wiele mogłabym się nauczyć. Przede wszystkim zaczęłabym współczuć, co nie znaczy: litować się, tylko rozumieć emocje innych.

Pamiętam moje pierwsze oprowadzanie jako przewodnik po Krakowie. Moją pierwszą grupą była ekipa filmowa z Malezji, kręcili program podróżniczy o Polsce. Weszliśmy do Bazyliki Mariackiej, patrzymy na Ołtarz Wita Stwosza. Arcydzieło, przed którym zawsze staję jak zahipnotyzowana. Patrzę na moją grupę. Malezyjczycy są pod wrażeniem kunsztu artystycznego, snycerki, rozmiarów drewnianych postaci. Pytają kim są ci ludzie. Co przedstawia ta scena. Jak to? Nie mogłam tego ogarnąć. A przecież to pytanie miało sens. Dlaczego mieliby wiedzieć co się wydarzyło tego dnia według tradycji chrześcijańskiej? I to jest właśnie ten kod kulturowy, którego większość z nas chyba potrzebuje, żeby czuć się u siebie, nadawać na tych samych falach, rozumieć się bez słów. Odkąd zaczęło mnie nosić po świecie, jedna myśl nie daje mi spokoju: na ile ten kod kulturowy to rzecz w nas wdrukowana i niezbywalna, a na ile możemy go sobie przyswoić?

Dziś zostałam Australijką. Podczas ceremonii nadania obywatelstwa, składałam przysięgę na lojalność krajowi, w którym się nie urodziłam, i z którym jeszcze 11 lat temu nie łączyło mnie zupełnie nic. To dziwne uczucie, ale jest mi z nim dobrze, chyba dlatego, że zawsze czułam się dobrze w Australii, od mojego pierwszego przyjazdu. Czułam, że odnajduję się wśród tego społeczeństwa, że nawiązywanie kontaktów przychodzi mi w sposób niewymuszony. Rozumiałam poczucie humoru Australijczyków, nawet jeśli nie zawsze rozumiałam ich akcent. A przede wszystkim, wyznawałam w większości te same wartości. Niektóre australijskie cechy rezonowały ze mną nawet bardziej, niż te polskie, które dostałam w pakiecie przy urodzeniu. Czyli jednak można stworzyć się od nowa?

Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to nasze pochodzenie, nasza narodowość, są kwestią przypadku. Nie mamy wpływu na to, gdzie przyszliśmy na świat. Dziedziczymy oczywiście geny naszych przodków, niemniej jednak, nie ulega wątpliwości, że z tymi samymi genami, ale już rodząc się w innym miejscu na świecie, bylibyśmy innymi ludźmi. Mówilibyśmy innym językiem. Jak czują się dzieci emigrantów, które „z krwi i kości” są wciąż Polakami, ale polski język nigdy nie będzie dla nich tym pierwszym, jeśli wychowują się za granicą? Polska nigdy nie będzie miała dla nich takiego ładunku emocjonalnego jak dla nas, osób wychowanych w Polsce. Tyle razy o tym myślałam, pomimo, że dzieci nie mam. Czy byłby to dla mnie problem? Hipotetycznie mówiąc, wydaje mi się, że tak. Bo jednak fajnie chyba byłoby móc pogadać z własnym dzieckiem o ulubionych filmach i książkach, pośmiać się z tych samych żartów. Fajnie byłoby przejść się po krakowskim Rynku i wiedzieć, że to dziecko rozumie dlaczego grają ten hejnał, wie, co to obwarzanek i Smok Wawelski. A potem, gdy dorośnie, będą śmieszyć go te same polskie absurdy, które śmieszyły mnie kiedyś. Ale właśnie: czy na pewno?

Na ile jesteśmy tak naprawdę w stanie zrozumieć inne pokolenia? Na ile to, co wspominamy, za czym tęsknimy, jest prawdziwe? A na ile jest to tylko jakiś nostalgiczny konstrukt w naszej głowie? Ja na przykład nigdy nie zrozumiałam komunizmu, nie wiem jak się żyło za PRL. W domu mógł lecieć „Rejs” albo „Miś” w telewizji, ale mnie to już nie śmieszyło, to nie był mój świat. Czy moi rodzicie czuli się przez to emocjonalnie oddaleni od własnych dzieci? Nie sądzę. Albo na odwrót. Upadł komunizm, otworzyły się granice. Polska weszła do Unii Europejskiej. Zaczęliśmy podróżować, wyjechałam na Erasmusa. Moi rodzice odwiedzili mnie wtedy w Hiszpanii, podobało im się bardzo. Ale czy oni choć w małym ułamku mogli zrozumieć moje życie, moje emocje? Nie.

Bo z emocjami jest tak, że jesteśmy z nimi ostatecznie zawsze sami. Niezależnie od pochodzenia, płci, nawet niezależnie od wieku. To, że dla mnie coś jest ważne i mnie wzrusza nie oznacza, że każda osoba urodzona w Polsce, wychowana w Krakowie, w podobnym wieku, będzie czuła to samo. Trick polega chyba na tym, żeby po pierwsze, nie traktować tej emocjonalnej samotności jako coś negatywnego, tylko zaakceptować fakt, że być może są takie rzeczy, które rozumiemy tylko my i to jest w porządku. Po drugie, mamy wpływ na to, jakimi ludźmi się otaczamy, dobrze jest więcej chyba grawitować ku takim, którzy myślą i czują podobnie, wśród takich ludzi od razu poczujemy się jak w domu.

Często łapię się na tym, że robi mi przykro, gdy czytam książkę polskiego autora, lub słucham polskiej muzyki i dociera do mnie, że mój mąż nigdy nie poczuje tego tak samo jak ja. Ale potem staram się spojrzeć na to racjonalnie i zadaję sobie pytanie: OK, ale ile tak naprawdę z bliskich mi osób, Polaków, ba, nawet z rodziny lub grona bliskich przyjaciół, przeżywa to podobnie? Okazuje się, że bardzo niewiele. Bo mają inne zainteresowania, bo nie lubią tego autora, bo nie wzrusza ich ta sama muzyka. Tak samo jak są ludzie, którzy nie tęsknią za polską Wigilią, i są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia bez Majonezu Kieleckiego.

Jeśli chodzi o bycie w związku z obcokrajowcem, wydaje mi się, że podstawą do tego, aby nie czuć się w nim samotnie jest szacunek do naszych wzajemnych kultur i autentyczne nimi zainteresowanie. Brett zapewne nigdy nie będzie się wzruszał na dźwięk polskich kolęd, widok starych kościołów i drewnianych bieszczadzkich chat. Ale zawsze chętnie uczestniczy we wszystkich polskich tradycjach, podchodzi do tego z otwartą głową (nawet gdy te tradycje komuś z zewnątrz wydają się zupełnie niedorzeczne) i tu w Australii pielęgnuje wraz ze mną te, na których mi zależy najbardziej. Pewnie też nie raz przemknęła mu przez głowę myśl, że szkoda, że ta jego polska żona nie cieszy się na Święta Bożego Narodzenia pod palmami, nie lubi Vegemite, nie zna tutejszych przyśpiewek przy ognisku i nie śmieje się z żartów, z których śmieją się jego koledzy. Ale znowu: staram się je zrozumieć. I jest coś takiego, naprawdę wydarza się po latach coś takiego, że zaczynamy przenikać się nawzajem. Że ja wykazuję pewne bardzo australijskie cechy, które naturalnie zaadaptowałam, i Brett zaczyna rozumieć bolączki i nostalgię Polaków. I to jest chyba to. Nie musimy się we wszystkim rozumieć. Szacunek dla tej różności i ciekawość uczestnictwa w niej według mnie wystarczy.

Ludzie, z którymi chodziłam do liceum nie zrozumieją klimatu, który wspominam ze studiów, i vice versa. Ludzie, którzy nie wyjechali na Erasmusa nie zrozumieją dlaczego to doświadczenie było dla mnie tak ważne i jak bardzo zmieniłam się pod jego wpływem. Ludzie, którzy nie mówią po hiszpańsku nie zrozumieją sucharów, które wysyłamy sobie w grupie moich przyjaciółek iberystek, nie zrozumieją dlaczego reaguję tak a nie inaczej na muzykę latynoską. Ludzie, którzy ukochali Gdańsk nie zrozumieja dlaczego kocham Kraków. Ludzie urodzeni w 2000 nie zrozumieją nostalgii ludzi urodzonych w 1986 za karteczkami do segregatora i Super Mario Bros. W końcu, jak ja mogę zrozumieć nostalgię górali do Tatr, albo problemy Polaków mieszkających w przygranicznych miastach. Nie jestem w stanie tego poczuć w ten sam sposób.

Jesteśmy sumą przeżyć. Według mnie to jest właśnie nasza tożsamość.

I uważam, że piękne jest właśnie to, że mamy na tę tożsamość jakiś wpływ. Że nie muszę brać z automatu wszystkiego jak leci, „polskości w pakiecie”, wraz z karpiem w reklamówce i tłustą karkówką z grilla, jeśli nijak nie współgra to z moimi potrzebami i wartościami. Przecież irytuje nas to, gdy za granicą postrzegają nas stereotypowo, dlaczego więc sami mielibyśmy siebie tak postrzegać? Podoba mi się też to, że ze wszystkich kultur, w które kiedyś w życiu przyszło nam się zanurzyć, możemy wybrać jakąś ich cząstkę i dołożyć do mozaiki naszej tożsamości. I tak, jest we mnie jakaś kanadyjskość, i hiszpańskość i australijskość. I nie ma według mnie nic dziwnego, ani sztucznego, ani pretensjonalnego w tym, że w jakiś sposób identyfikuję się z tymi wszystkimi nacjami, bo to jest właśnie suma moich przeżyć. Przeżyć, które zmieniły mnie jako osobę, wpłynęły na to kim jestem i, przede wszystkim, pokazały, że można żyć inaczej. Siłą człowieka jest według mnie umiejętność dokonywania wyborów. Możemy, ale nie musimy. Mamy wpływ na to, jak zareagujemy na rzeczy, które nam się przytrafiają. W zasadzie jest to chyba jedyna rzecz, na którą tak naprawdę mamy wpływ.

Istnieje natomiast problem mitologii. Tworzymy własne mitologie i bardzo się do nich przywiązujemy. Czy to źle? Chyba nie, dopóki nie pożre nas nostalgia. Wszyscy mamy potrzebę gdzieś przynależeć, większość z nas chce zapuścić gdzieś korzenie. Trudno byłoby żyć bez jakichkolwiek punktów odniesienia: wszyscy potrzebujemy od czasu do czasu patriotycznych wzruszeń i sentymentalnych wspomnień z przeszłości. Problem według mnie natomiast zaczyna się wtedy, gdy granica między prawdą a fikcją zaczyna się zacierać i gdy następuje niezdrowa idealizacja czegoś co, w gruncie rzeczy, wcale nie było wyjątkowe, ani nawet dobre. Na przykład: nostalgia za PRL-em. Często tę nostalgię mają osoby, które tego okresu nawet nie pamiętają, patrząc z perspektywy wydaje się, że to był taki „fajny czas”, kiedy śpiewała Krystyna Prońko, wszyscy mieli pracę, były dancingi i można było prowadzić po pijanemu. Tylko czy aby na pewno jest za czym tęsknić? I na ile mam prawo tęsknić za czymś, co nigdy nawet nie było moje? Nostalgia za tradycjami góralskimi, nostalgia za dawnym żydowskim Kazimierzem, nostalgia za tyglem kulturowym przedwojennych Bieszczad – nie mam z tymi miejscami i z tymi ludźmi nic wspólnego. Można podziwiać, nie ma w tym nic złego. Można kultywować pamięć o polskiej kulturze, sama zamierzam to robić. Ale bez tej pompy, bez zaślepienia własną historią, bez nabożnego przekonania, że jesteśmy nieskazitelnym narodem wybranym i najlepsze czasy już za nami. Szkoda byłoby, gdyby tęsknota za czymś, co nigdy nie było naszym udziałem zasłoniła to, w czym bierzemy udział teraz.

Na koniec jeszcze jeden, osobisty przykład: mam ogromną nostalgię za polską wsią. Uwielbiam skanseny, tradycyjne polskie rękodzieło, zapach starego drewna, muzykę ludową w nowoczesnych aranżacjach. Ale z jakiś przyczyn mój 92-letni dziadek odmawia gdy proszę go, żeby opowiedział mi o swoim dzieciństwie. Mówi, że nie chce do tego wracać, ta pamięć jest zbyt bolesna. Bo pomimo tego, że mój dziadek wychował się w „pachnącej drewnem chacie”, nijak się to miało do – no właśnie – skansenów, które raz na kilka lat z przyjemnością sobie odwiedzam, aby sztachnąć się tym wyimaginowanym, sielskim światem, po czym z niego wyjść, bo tak naprawdę nie chciałabym w nim żyć. Był głód, był chlew i była beznadzieja. I ciągły strach podczas wojny. I to właśnie rozmowy z najstarszymi członkami mojej rodziny stawiają mnie do pionu, gdy popadam w te sentymentalne stany. W kilku prostych słowach, ludzie, którzy przeżyli w swoim życiu praktycznie wszystko, czego może doświadczyć człowiek, mówią mi: nieważne gdzie, ważne z kim. Nieważne skąd, ważne, że dobry człowiek. Nieważne co było, ważne co jest. Żyj dziecko, bo życie jest tak krótkie.  

Kim więc jestem dzisiaj? Tylko i wyłącznie sobą. Zawieszoną gdzieś pomiędzy światami Polko-Australijką, która nigdy nie będzie już tylko Polką i nigdy nie stanie się tylko Australijką. I wiem, że za 10 lat będę kimś zupełnie innym. Sumą swoich przeżyć. I wbrew pozorom, to jest bardzo pozytywna myśl.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.