Blog posts

Podróż z której nigdy nie wróciłam

Podróż z której nigdy nie wróciłam

Australia, Roadtrip, Strona główna

„Przestrzeń, podobnie jak czas, przynosi zapomnienie, ale czyni to przerywając dotychczasowe stosunki człowieka z otoczeniem, przenosząc go w stan pierwotnej wolności”
Thomas Mann „Czarodziejska Góra”

Londyn, 29 października 2010

Miałam taki brązowy dziennik, oprawiony w twardą okładkę. Kupiłam go z myślą, że kiedyś opiszę w nim coś naprawdę ważnego, a potem długo leżał odłogiem z niezapisaną ani jedną stroną. Pamiętam jak gapiłam się w te puste kartki siedząc w całkiem zwyczajnej kawiarni, jakich wiele nad Tamizą, w półśnie, otumaniona podróżą, która trwała już wtedy 37 godzin, a tak naprawdę dopiero się zaczęła. Przyjechałam tu autokarem z Krakowa, przez Berlin, Dunkierkę i Białe Klify Dover. Celem mojej podróży była Australia.

Na początku tamtego roku poznałam w Krakowie Australijczyka, który podróżował samotnie po Europie. To, co nas łączyło, to wspólna pasja do muzyki. Od tego wszystko się zaczęło. I od jednego, ważnego pytania, które usłyszałam, gdy wyjeżdżał na dobre: czy wybiorę się z nim w podróż przez środek Australii. Zawsze chciał to zrobić, ale jak do tej pory nie znalazł nikogo, kto chciałby mu towarzyszyć. Okazało się, że to wystarczyło, żebym osiem miesięcy później pakowała walizki przygotowując się do mojej pierwszej podróży poza Europę, całkowicie sama, w całkowite nieznane.

Sydney, 3 listopada 2010

Podróż do Australii trwała 4 dni, przynajmniej kalendarzowo rzecz biorąc, bo tu wszystko było na odwrót. Inna strefa czasowa, inna pora roku (niedługo zacznie się lato), tu dzień, a tam noc. „Może to dobrze” – pomyślałam. Takie podróże powinno się czuć całą skórą, wszystkimi zmysłami. Wtedy dopiero wiesz, że jesteś naprawdę daleko. W podróżowaniu nie liczy się przecież tak naprawdę cel, ale sama droga. Czas spędzony w ruchu, wolność nowej przestrzeni. Tak, tamtego niedzielnego poranka czułam się wolna. Nie przeszkadzało mi ani parne powietrze, które przygniatało do chodników, ani letnia burza, która przemoczyła mi wszystkie ubrania, gdy w końcu, nieprzytomna i nie do końca jeszcze świadoma gdzie jestem i co mam z tym wszystkim zrobić, doszłam chwiejnym krokiem pod Operę w Sydney.

Glendambo, Stuart Highway, 25 stycznia 2011

A więc podróż. Przez środek Australii, do serca Outbacku, do początku wszystkiego.
Australijscy Aborygeni wierzą, że świat został stworzony przez Duchy Przodków, a czas stworzenia nazywają Czasem Snu. Ziemia była wtedy sucha, pusta i płaska. Nigdzie nie czuć tego wyraźniej, niż w australijskim Outbacku, gdzie zakrzywia się czasoprzestrzeń, gdzie wszystko wydaje się pierwotne, zastygłe w bezruchu, wieczne.

Jedziemy już od 5 godzin. Opuszczając ostatnie duże miasto, widziałam znak ostrzegawczy przy drodze: następna stacja benzynowa za 450 km. Glendabo na mapie wygląda jak małe miasteczko. Na miejscu okazuje się jednak, że zamieszkuje je 30 mieszkańców i jest to tak naprawdę tylko stacja benzynowa, mały sklepik, no i oczywiście pub. Tego nie może zabraknąć. Wychodzimy z samochodu, fala gorąca uderza prosto do głowy. W pubie jest pusto, pod wysokim, drewnianym sufitem obraca się stary wiatrak. Nigdy nie zrozumiałam dlaczego w Australii podłogi są zawsze wysłane dywanem, a dywan ten zawsze pachnie tak samo: zatęchłym, rozlanym piwem. Pytamy, czy możemy zostać na noc. „Tak, mamy tutaj mały camping na zapleczu. Możecie spać w samochodzie, tutaj macie kod, żeby skorzystać z prysznica”. Zamawiamy więc piwo, jest doskonale zimne. I tak, jak fala gorąca na zewnątrz, natychmiast uderza do głowy.

To popołudnie jest tak bardzo wyraźne w mojej pamięci, a równocześnie wszystko mi w nim majaczy. Z fotograficzną dokładnością pamiętam niektóre szczegóły, inne przemykają mi przez głowę jak rozmazany sen. Pamiętam, że falowało wtedy powietrze, a w tym powietrzu były nowe dźwięki, nowe zapachy, nowe obietnice. W kącie sali stała szafa grająca w stylu retro. Dookoła nie było praktycznie żadnych klientów, więc zaczęliśmy puszczać piosenki. Wybieraliśmy te, które miały w sobie wiatr.

Coober Pedy, Stuart Highway, 26 stycznia 2011. Australia Day.

A więc podróż. Australijski Outback pełen jest oszustwa i niedotrzymanych obietnic. Tak to wtedy widziałam. Myślałam, „to nie może być tylko pustynia, na mapie są przecież jeziora i miasteczka”. Jeziora to słone niecki, mieniące się kryształowymi odblaskami w upalnym, styczniowym słońcu. Gdy na pustyni spadnie deszcz, czasami napełniają się cienką warstwą wody. Styczniowe słońce. Deszcz na pustyni. Australia to oksymoron. I ta droga, cały czas przed nami. Nie ma wzniesień ani zakrętów, nie ma żadnych niespodzianek. Jest tylko monotonia krajobrazu i chromatyczny tryptyk: ochra, błękit, eukaliptus.

Zaszło słońce, a my wciąż nie dojechaliśmy na miejsce. Nie ma gdzie zatrzymać się po drodze, więc musimy jechać dalej, do Coober Pedy, stolicy australijskich opali. Ogarnia mnie irracjonalny lęk, choć przecież nie jestem sama i nic złego się nie dzieje. Ale świadomość, że jesteśmy tak daleko, bez zasięgu, pośrodku tego wielkiego, pustego kontynentu sprawia, że staję się niespokojna. Daleko na horyzoncie widzimy błyskawice. Wydaje się, że zaraz zacznie padać, ale okazuje się, że burza, którą widzimy ma miejsce setki kilometrów stąd. To tylko droga jest płaska i prosta jak drut i brak jej jakiejkolwiek perspektywy, to co dalekie wydaje się bardzo blisko, nie ma żadnego punktu odniesienia.

Coober Pedy znane jest z tego, że pochodzi stąd 95% światowego wydobycia opali, oraz z tego, że kręcili tutaj Mad Maxa. Mi znowu jawi się jako miejsce, gdzie, żeby zamieszkać, trzeba albo być szalonym, albo chcieć być nigdy nie znalezionym. Nie ma tutaj ani źdźbła trawy. Jest za mnóstwo szybów górniczych, wąskich i prymitywnych, bo opali nie da się podobno wydobywać przy pomocy nowych technologii: szlachetny kruszec jest zbyt delikatny, zbyt trudno znaleźć w skale opalonośną żyłę. W Coober Pedy jest też pizzeria i muzeum, kilka kościołów i domy wykute przez mieszkańców w skale, aby schronić się przed gorącem. W dniu, w którym przyjechaliśmy termometr wskazał 47°C w cieniu.



Jesteśmy zafascynowani tym miejscem, choć może tak naprawdę jest to już delirium. Nigdy wcześniej nie przebywałam w takiej temperaturze, mój organizm sobie z nią nie radzi. Ciągle kręci mi się w głowie, brakuje mi energii, piję 5 litrów wody dziennie, a i tak mam problem z odwodnieniem, chyba wszystko paruje przez skórę. Wciąż nocujemy w naszym campervanie, to stary samochód, w którym nie ma klimatyzacji. Dlatego po nieprzespanych nocach, szukamy schronienia w chłodnych grotach, gdzie znajdują się niektóre sklepy i muzea, oraz w klimatyzowanym pubie. Siedzę przy stoliku i myślę o ludziach, którzy tu mieszkają. Usiłuję wyobrazić sobie jaka jest ich historia. Dlaczego wybrali ten koniec świata na swój dom.Dwa dni później jesteśmy już całkiem blisko Uluru. Dni są długie i jasne, i jesteśmy w stanie przejechać kolejnych 500 km. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w Marla. Tutaj też jest sklep, pub i camping. Usiedliśmy przed samochodem, wyciągnęliśmy kanapki, gdy nagle tuż obok zajechała ogromna ciężarówka pełna bydła, tak zwany road train. Ma kilka przyczep, 2 piętra i długość podmiejskiego pociągu. Z kabiny kierowcy wysiadł młody, krępy facet o ogorzałej twarzy. Miał na sobie kowbojski kapelusz, przewiewną koszulę i krótkie szorty. Na imię miał Jeff. Zagadał nas przy kasie na stacji benzynowej. Opowiedzieliśmy mu o tym, że przed chwilą rozmawiał z nami pewien człowiek, który twierdził, że pracuje w pobliskiej kopalni opali, która znajduje się na aborygeńskim terytorium, niecałą godzinę drogi stąd, i że mógłby nas tam zabrać, gdybyśmy chcieli zobaczyć prawdziwy Outback. Kusiło nas, jasne, że kusiło. Jeff spojrzał na nas poważnie i powiedział „na waszym miejscu bym tam nie jechał. To są takie miejsca, z których możecie już nigdy nie wrócić, nikt nie dowie się co się z wami stało”. Anioł Stróż Jeff.

Uluru, 29 stycznia 2011. Koniec i początek.

Wtedy jeszcze można było się wspinać na Świętą Skałę. Dziś odpoczywa w spokoju. Jest ogromna. Dookoła nie ma nic, tylko płaskość terenu, nieskończona przestrzeń. I nagle wyrasta spod ziemi, a może unosi się nad nią, największy na świecie monolit, Skała Skał, Pramatka. Patrząc na jej jaskrawopomarańczowe, gładkie ściany, czułam niewidzialną barierę, która już wtedy powstrzymywała mnie przed deptaniem czegoś, czego nie rozumiem, ale co jest wszystkim dla ludzi mądrzejszych ode mnie.

Niektórzy ludzie wierzą, że Uluru rzuciło na nich klątwę. Podczas wakacji w Australii wspięli się na Świętą Skałę i zabrali kamyk na pamiątkę. I od tamtej pory zaczęło prześladować ich nieszczęście. Ktoś zachorował, ktoś umarł, komuś przestało się układać w pracy. Odsyłają więc kamyki, prosząc gospodarzy tej ziemi o wybaczenie. W małym muzeum w Yulara, u stóp Uluru, widziałam ich dużo.

A może to się wszystko śni. Przecież było tak gorąco. Moje myśli falowały wraz z przesiąkniętym czerwonym piaskiem powietrzem. Czy naprawdę spodziewałam się, że będzie normalnie?

Dla Aborygenów Czas Snu nigdy się nie skończył. Jest nieustającym trwaniem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dla mnie, Australia była snem. A po angielsku sen, to przecież też marzenie. Australia jest marzeniem sennym, z którego nigdy się nie obudziłam, podróżą z której nie wróciłam nigdy.


Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.