Blog posts

O Australia Day słów kilka…

O Australia Day słów kilka…

Australia, Co to za kraj?

Dziś jest 26 stycznia, co oznacza, że w Australii obchodzi się rocznicę przypłynięcia w 1788 do Sydney tzw. „Pierwszej Floty” , czyli pierwszego transportu białych kolonizatorów, którzy mieli w Australii osiedlić się na stałe. Byli to głównie więźniowie oraz garstka wolnych obywateli, którzy mieli zorganizować życie w tej najodleglejszej ze wszystkich brytyjskich kolonii. Dziś, w zależności od przekonań i osobistego podejścia, dzień ten znany jest jako Australia Day lub Invasion Day.

Mój stosunek do obchodzenia tej rocznicy spróbuję zobrazować w kilku treściwych punktach. Są to wolne przemyślenia na temat, dzisiejszy post jest bez żadnych filtrów i upiększaczy, subiektywny, bardzo mój.

Po pierwsze: tak, uważam, że wybór tej daty jest niefortunny, oraz że jej wesołe świętowanie w XXI jest po prostu nie na miejscu, bo czasy się zmieniły, zmieniło się także postrzeganie historii. I tu nie chodzi o to, żeby odebrać Australijczykom o nieaborygeńskim pochodzeniu prawo do świętowania swojej australijskości i bycia dumnym ze swojego kraju, bo naprawdę jest z czego być dumnym. Ale data kole w oko i w serce, choć może kiedyś nie pozostawiała takiego niesmaku. Wszystko się zmienia, postęp jest nieuchronny.

Po drugie: nie mnie to oceniać.
Tak, moja przygoda z Australią trwa już 10 lat, mieszkam tu na stałe od pięciu. Niedługo dostanę obywatelstwo i australijski paszport. Aktywnie uczestniczę w życiu społecznym tego kraju. Czytam dużo książek na ten temat, staram się zrozumieć jego historię. Ale pomyślcie, czy nie bylibyście co najmniej mocno poirytowani, gdyby jakiś obcokrajowiec prawił wam kazania na temat polskiej historii, albo z pogardą w głosie wypowiadał się na temat chociażby, jakże „polskiego”, Marszu Niepodległości? Otóż, nie. Nieważne jak bardzo taka osoba czułaby się związana z danym krajem, dla jego obywateli zawsze będzie obca, ponieważ nie niesie ze sobą dziedzictwa wielu minionych pokoleń.

Tu, w Australii, zdarzało mi się słyszeć wielkie słowa, opinie pełne wyższości w głosie oraz moralizatorskich treści od Polaków, którzy czasami byli tutaj tylko przejazdem. Ale już po kilku miesiącach wydawało im się, że wiedzą lepiej, że zrozumieli sedno sprawy, rozgryźli problem, którego osoby najbardziej nim zainteresowane rozgryźć nie mogą od dokładnie 233 lat. Wykrzykując ważkie hasła, uczestniczyły w pochodach przeciwko obchodzeniu Australia Day. Bardzo mnie to irytuje. Jest w tym jakaś hipokryzja. Jest w tym jakiś narcyzm. Potrzeba poczucia się moralnie czystszym niż inni, niestety często bez zaglądania pod własny dywan.

Zbyt często doświadczałam tego uczucia, gdy mieszkając jeszcze w Polsce pracowałam jako przewodnik. Tak łatwo było widzieć świat czarno-białym. I wtedy moją największą motywacją do pracy w przygnębiających miejscach, takich jak Fabryka Oscara Schindlera, było to, żeby pokazać dwie strony medalu, pokazać odcienie szarości. Zrozumieć zamiast pluć i z wyższością kiwać głową.

Ocenianie białych Australijczyków za to, jak świętują, bez próby dialogu i poznania bardzo skomplikowanej historii tego narodu uważam za arogancję. Wypowiadanie się na ten temat w imieniu Aborygenów uważam za kompletny brak pokory.

I na koniec: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.
Mówiłam o tym już w zeszłym roku przy okazji tej daty. Choć nie ulega wątpliwości, że w Australii (jak w KAŻDYM KRAJU) jest dużo ignorancji, luk w wiedzy historycznej, kontrowersyjnych opinii, nierówności społecznych, stereotypów, rasizmu i uprzedzeń, to i tak uważam za dobry znak fakt, że na temat post-kolonializmu i krzywd wyrządzonych rdzennym mieszkańcom mówi się głośno w przestrzeni publicznej. Oczywiście, nie wszyscy politycy i osoby medialne wierzą w to, co „wypada” im mówić ze względu na delikatność tematu i polityczną poprawność. Ale osobiście wolę taką polityczną poprawność niż wykrzywione pojęcie „tolerancji”, które skutkuje coraz większym przyzwoleniem na rasizm, mowę nienawiści i zwyczajne chamstwo. Szary obywatel może sobie ocenić te sprawy we własnym domowym zaciszu, ale w Australii raczej nie przejdzie żadna otwarta, publiczna pogarda w stosunku do społeczności aborygeńskiej, nie będą się cieszyć popularnością pokrętne próby usprawiedliwiania historii. A to oznacza, że jest nadzieja, że da się zbudować mosty. Być może nie zapomnieć, ale wybaczyć, zacząć od nowa, znaleźć wspólny mianownik, który dziś definiuje współczesnego Australijczyka, znaleźć nowe powody do wspólnego świętowania. W inny, mniej nacechowany symbolicznie dzień.

***
Ciągle się zmieniamy. Zmienia się też nasz stosunek do świata, a nawet spojrzenie na historię się zmienia, choć ta przecież stanęła już w miejscu. Z dużym zaciekawieniem wrócę do tego wpisu za rok, za kilka lat, za dziesięć lat. Ciekawa jestem, czy zmieni się moje podejście, czy będę rozumieć więcej (a może mniej?), czy będę żałować, że za dużo powiedziałam, za słabo oceniałam, czy byłam zbyt tchórzliwa w swojej ocenie, zbyt konformistyczna?

Wiem jedno: im jestem starsza, tym mniej rozumiem. Chciałabym znać odpowiedzi na wszystkie trawiące mnie pytania. Chciałabym, żeby świat był nieskomplikowany, dobry albo zły, jak w baśniach. Ale tak nie jest. Wierzę natomiast w to, że jedynym sposobem na próbę zrozumienia drugiego człowieka, innego narodu, historii jego kraju, jest otworzenie się na inne. Dopuszczenie do siebie myśli, że mogę się mylić i, że warto wysłuchać przeciwnej strony.
***

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat, to odsyłam was do poniższych materiałów:

  • Film krótkometrażowy z 1986 roku pod tytułem „Babakiueria” (Barbeque Area), który jest satyrą na temat relacji między australijskimi Aborygenami oraz Australijczykami europejskiego pochodzenia, gdzie role zostały zamienione.
  • Książka australijskiego dziennikarza Davida Hunta „Girt. The Unauthorised History of Australia”. Jest to najzabawniejsza książka oparta w całości na faktach historycznych, jaką kiedykolwiek czytałam. I choć często trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, dzięki tej książce naprawdę poczułam, że wreszcie zrozumiałam Australię. Rozbraja szczerością, obiektywnością i wisielczym poczuciem humoru zarazem.
  • Książka szwedzkiego historyka Svena Lindqvista pod tytułem „Terra Nullis. Podróż przez ziemię niczyją” (Wydawnictwo W.A.B.), która usiłuje rozprawić się z pojęciem winy i odpowiedzialności za kolonizację Australii przedstawiając mało znane, bolesne strony australijskiej historii. Z tym na ile obiketywny jest punkt widzenia europejskiego historyka można się sprzeczać, niemniej jednak, książka daje do myślenia. Poniżej zamieszczam cytat, który bardzo zapadł mi w pamięć. Także w kontekście polskiej historii i dziedzictwa mojego pokolenia.

„Jako młody człowiek płynąłem statkiem na Islandię. Po drodze zawinęliśmy do fiordu w Trondheim po ładunek śledzi. Był rok 1951, piękny letni wieczór. Islandzyków znano tu już z poprzednich wizyt i witano jak miłych gości. Było gwarno i wesoło, aż ktoś zwrócił uwagę na mnie.
– A to kto?
– Pasażer – odparł Islandczyk. – Szwed.
„Szwed”. W pomieszczeniu zapanowała całkowita cisza. Ustały rozmowy, zgasły śmiechy. Wszyscy patrzyli na mnie. Wreszcie odezwała się starsza kobieta.
– Aha, Szwed. No, a ten tranzyt w 1942?
Co miałem powiedzieć? Tranzyt niemieckich wojsk z Niemiec do Norwegii przez terytorium Szwecji i z powrotem odbywał się w rzeczywistości przez wiele lat. Ale ona powiedziała tylko tyle: „No a ten tranzyt w 1942?”. I wszyscy czekali na odpowiedź. Próbowałem obrócić to w żart.
– W 1942 miałem dziesięć lat. Nikt mnie nie pytał o zdanie.
– Wystarczająco dużo, aby podzielić się łupem – zauważyła gospodyni. Cisza stawała się nieznośna. Podziękowałem za kawę i wymknąłem się, płonąc ze wstydu.
Spotkała mnie straszna niesprawiedliwość. Dlaczego oskarżano mnie o coś, w czym brali udział także wszyscy inni Szwedzi? Albo nie brali. Tak jakby to była moja wina. Jakbym to ja ponosił za to odpowiedzialność. Czekając na załogę statku układałem w myślach wielką mowę na swoją obronę. „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”.
Chociaż to nie do końca prawda. Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. To, że żyłem lepiej niż mieszkaniec Konga lub Indonezji, nie było moją zasługą. Przyszedłem na świat jako spadkobierca nietkniętego wojną kraju i dobrze funkcjonującej gospodarki – mówiąc krótko, dobrze mi się powodziło, bo byłem Szwedem. Czy mogłem więc, przyjmując dobre strony bycia Szwedem, odrzucić te złe? Dzięki dostawom rudy żelaza, zgodzie na tranzyt wojsk i inne rażące odstępstwa od polityki neutralności Szwecja zachowała dobre stosunki z Niemcami i uniknęła wojny. To, że nigdy nie była bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziale łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność.”

1 Comment

  1. Ania
    27 stycznia 2021 at 07:37
    Reply

    Bardzo piękne słowa, bardzo dojrzałe, bez patosu i bez frezesów. Świat nie jest czarno-biały. Podzielam Anulla Twój punkt widzenia i jestem przekonana, że nie będziesz żałować swoich słów nawet po wielu latach. Szacunek i serdeczne pozdrowienia.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.