Blog posts

Lanzarote. Świat pod wodą i kwestia przypadku.

Lanzarote. Świat pod wodą i kwestia przypadku.

Podróże za ocean, Strona główna

Arrecife. Wczesna pobudka, bo o 9:30 mam być na Playa Blanca, gdzie będę nurkować. Wstaję podekscytowana, choć niespecjalnie się wyspałam. Po drodze zabieram parę młodych Polaków – poznaliśmy się w samolocie i zaproponowałam im podwózkę, bo nie zdążyli wynająć samochodu. Łukasz i Ania. Oni idą na plażę a ja do Dive College Lanzarote. Miałam dużo szczęścia, bo na miejscu okazuje się, że oprócz mnie nikt inny nie zapisał się na poranne nurkowanie i w efekcie jest nas dwoje – ja i Lucas, młody przewodnik z Holandii. Lucas jest ogólnie wyluzowany, więc nurkujemy spokojnie 55 minut (jak na razie to mój najdłuższy czas) i szukamy koników morskich (znajdujemy trzy!). Atmosfera w centrum nurkowym jest bardzo przyjazna – tak samo jak w Cronulli zresztą, gdzie robiłam kurs. Zawsze im tego zazdroszczę, bo widać, że to ludzie, którzy kochają to co robią i robią to z pasją. Fajna paczka zgranych przyjaciół, a towarzystwo jest zazwyczaj międzynarodowe. Szkołę założył inny Holender, Bart, więc Holendrów kręci się tam sporo, ale są też Włosi, Meksykanie, Francuzi… taka wielka rodzina.

Po południu nurkujemy w Museo Atlantico. To jedyne podwodne muzeum w Europie i drugie takie na świecie (po Cancun w Meksyku). Niesamowita sprawa – na dnie zatopiono specjalnie w tym celu stworzone rzeźby, które opowiadają dość smutną historię o kondycji współczesnej ludzkości. Są nawiązania do ery mediów społecznościowych, wszechobecnych telefonów i wyobcowania, polityków, którzy igrają z obywatelami i kryzysu imigracyjnego w Europie. Rzeźby są wykonane w bardzo przejmujący sposób a do tego w sposób naturalny tworzą teraz sztuczną rafę, dzięki której pływa się otoczonym setkami tysięcy krążących wokół srebrzystych ryb.

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Odkąd pamiętam chciałam spróbować nurkowania, choć nie spodziewałam się chyba, że aż tak mnie wciągnie. Pamiętam, że nawet w Krakowie zastanawiałam się nad zapisaniem do jakiejś szkoły, tym bardziej, że mieszkałam obok dawnego kamieniołomu na Zakrzówku, gdzie najczęściej odbywały kursy. Nurkowanie w zimnej, mulistej wodzie jednak jakoś nie specjalnie mnie pociągało, a nurkowanie w lepszych warunkach (Chorwacja czy Turcja) wiązało się oczywiście z ogromnymi kosztami. Mieszkając nad oceanem nie miałam już wymówek. Tym bardziej, że szkoła nurkowa znajduje się może 700 m od mojego mieszkania. W maju zaczęło się już robić zimno, co zazwyczaj oznacza, że ceny kursu mocno spadają. Ostatecznie za kurs Open Water Diver zapłaciłam połowę ceny, tylko dlatego, że wszyscy przestraszyli się nadchodzącej zimy. Owszem, ja też trochę bałam się temperatury wody 18 stopni. Niepotrzebnie – pianka 7 mm zrobiła swoje, nie było mi zimno nawet w dłonie i twarz (a mi jest zawsze zimno, więc miłe zaskoczenie). Jak w przypadku każdej nowej rzeczy, której próbujemy, wiele zależy od pierwszego wrażenia. Gdyby warunki tamtego dnia były takie sobie, pewnie nie zdecydowałabym się kontynuować nurkowania. Ale zimna woda często oznacza też dużo lepszą widoczność, pierwszego dnia kursu mieliśmy wyjątkowe szczęście – widoczność na 30 m, spokojne wody i ogromne ryby dookoła. Tuż pod nosem, zaraz obok domu. Wiem, że zabrzmi to banalnie, ale tam pod wodą istnieje równoległy świat. Patrzyłam przecież na te plaże, na ten ocean tyle razy. Codziennie spacerowałam wzdłuż jego brzegu i nigdy do głowy by mi nie przyszło, że zaraz obok skalnych basenów napełnianych wodą morską, gdzie Australijczycy spędzają leniwe niedzielne popołudnia pływają płaszczki, żółwie i ośmiornice. Tak, wczoraj widziałam swojego pierwszego w życiu morskiego żółwia. Był ogromny – około metr długości. Dziwne uczucie, surrealistyczne. To był jeden z tych dni, kiedy pomyślałam sobie, że życie to wielka przygoda a Australia to naprawdę fajne miejsce na dom.

Wróćmy jednak na Lanzarote. Po skończonym nurkowaniu byłam zmęczona. Pozwoliłam więc sobie na chwilę bezwstydnej rozpusty na wygodnych poduchach jednego z barów przy plaży. Słońce prażyło niemiłosiernie. Po południu znów zgraliśmy się z Łukaszem i Anią, żeby wrócić razem do Arrecife i po drodze postanowiliśmy zahaczyć o Playa Papagayo, przez niektórych uznawaną za najpiękniejszą na wyspie. Nie spodziewaliśmy się takiej drogi – owszem, samochodów w stronę plaży jechało tysiące, ale droga była szutrowa, bardzo wyboista i z duszą na ramieniu pokonywałam kolejne kilometry wynajętym Volkswagenem Golfem, który był zdecydowanie zbyt nowy i zbyt biały.

Plaża Papagayo jest faktycznie malowniczo położona między wysokimi wulkanicznymi skarpami, piasek jest pomimo to wciąż złocisty a na zboczy znajduje się świetny bar, tzw. chiringuito, czyli plażowy bar na świeżym powietrzu, pod słomkowymi parasolami, gdzie gra muzyka rodem z Buddha Bar albo Hotel Costes i gdzie naprawdę czuje się słodką atmosferę leniwego lata. Niemniej jednak w porównaniu z plażami Australii było dość tłoczno (choć do Władysławowa w szczycie sezonu jeszcze daleko), a woda wydawała mi się nieznośnie ciepła! Musiałam wypłynąć w stronę otwartego oceanu, żeby poczuć się rześko i żeby woda stała się znów błękitna i przejrzysta. Widocznie przyzwyczaiłam się już do chłodnego Pacyfiku – woda w Australii nawet w lecie przyprawia o lekki dreszcz przy pierwszym zanurzeniu, co często jest powodem ogromnego rozczarowania podróżujących tu Rodaków, przyzwyczajonych do ciepłej wody śródziemnomorskiej.

Po całym tym dniu pełnym wrażeń byłam wykończona. Męcząca była też jazda samochodem, w te i z powrotem przez wertepy, piach, pył, w górę i w dół serpentynami. Samochód nie dawał rady pod górę. Chyba tak już projektują te nowe auta, że moc silnika jest dużo słabsza niż w starych modelach i kilka razy naprawdę myślałam, że się po prostu stoczę. Pomimo późnej pory i ogólnego nadmiaru wrażeń nie miałam co zjeść na kolację, bo w apartamencie gdzie mieszkałam nie było kuchni. Więc po raz drugi wybrałam się spacerem nad Charco, tym razem jednak udało mi się spóźnić na kolację nawet w Hiszpanii – była 22:00, w dodatku trwały właśnie jakieś fiestas populares, i trudno było zamówić jeszcze gdzieś jedzenie lub przynajmniej znaleźć wolne miejsce przy stoliku, żeby przekąsić jakieś tapas. Zrezygnowana udałam się więc w stronę domu, moją ostatnia nadzieją była oblegana włoska pizzeria, którą polecił mi gospodarz Sycylijczyk, wiedziałam więc, że się nie zawiodę. Przechodząc obok (na zewnątrz wciąż tłum ludzi) ktoś woła „Anna!”. Myślę sobie nieźle, nawet tutaj już mnie zaczęli kojarzyć. To wołał właśnie mój znajomy Sycylijczyk. Siedział z jakimś starszym gościem przy stoliku i zaproponowali, żebym się do nich do siadła, nie odmówiłam, bo jakoś nie miałam ochoty siedzieć sama w tym tłumie rozgadanych ludzi w piątek wieczorem… Znajomy Sycylijczyka okazał się Kubańczykiem, psychiatrą, także towarzystwo miałam ciekawe. Obu panów było koło pięćdziesiątki. Okazało się, że już od wielu lat mieszkają na Lanzarote i podróżują wspólnie po Europie. Gadaliśmy po hiszpańsku i śmiesznie było słuchać tych wszystkich akcentów – mój, słowiański, ze słownictwem klasycznego castellano, bo tak mnie uczyli – poprawnie, urzędowo, pewnie trochę sztucznie. Sycylijczyk mówił z mocnym włoskim akcentem, używając przy tym słów typowych dla dialektów kanaryjskich, ale co jakiś czas wplatał też włoskie słówka i wychodziło to dość uroczo. Kubańczyk, wiadomo, mówił trudnym dla mnie do zrozumienia hiszpańskim, także z naleciałościami wyspiarskimi. Pizza była przepyszna, a przy okazji dowiedziałam się wiele dziwnych ciekawostek na temat wyspy. Na przykład tego, że żyje na niej bardzo rzadka odmiana raka-albinosa. Albo, że jest taki jeden słynny szczep wulkanicznej winorośli, który jako jedyny zachował w Europie w czystej postaci, bo na stałym lądzie został pomieszany z innymi odmianami. Że najlepsze jest tu białe wino, ale nie wytrawne tylko słodki moscatel. Ostatnia noc w Arrecife była smaczna i spontaniczna, i jak to zwykle bywa – zwyczajni, przypadkowi ludzie nadali jej niepowtarzalny klimat.

Relację z pierwszego dnia na Lanzarote znajdziesz tutaj.

1 Comment

  1. Kasia
    28 września 2017 at 04:56
    Reply

    Super sprawa z tym nurkowaniem :*

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *