Blog posts

O cierpliwości, czyli jak dostać awans w Australii.

O cierpliwości, czyli jak dostać awans w Australii.

Australia, Emigracja

Właśnie mija rok odkąd rozpoczęłam swoją pierwszą pracę w Australii. O tym jaka to praca i jak ją dostałam pisałam tutaj. Dziś będzie trochę bardziej refleksyjnie, ponieważ pewne wydarzenia w moim życiu osobistym płynnie zbiegły się z tym, co działo się ostatnui w życiu zawodowym. Ale może po kolei.

Jak już pisałam wcześniej, po przyjeździe do Sydney w listopadzie 2015 chciałam zawojować świat. Byłam pełna obaw, ale też była we mnie wielka ekscytacja, bo wszystko co nowe daje mi ogromny zatrzyk energii. Dlatego po okresie adaptacji i świętowania w Boże Narodzenie zabrałam się do szukania pracy pełna nadziei i  optymizmu. Myślałam sobie – przecież mam sporo doświadczenia, w Polsce nie jedno udało mi się osiągnąć, na pewno uda mi się znaleźć dokładnie to, czego szukam. Chciałam być przewodnikiem, chciałam być tłumaczem, wiele rzeczy chciałam. Co więcej, chciałam tego wszystkiego już, tu i teraz. Dlatego potem przyszło gorzkie zderzenie się z rzeczywistością, gdy nagle okazało się, że brakuje mi kontaktów, uprawnień, doświadczenia, wiedzy (chociażby o mieście, żeby oprowadzać…). Niektóre firmy wymagały ukończonych kursów w Australii, dla innych wymogiem było australijskie obywatelstwo (patrz prace rządowe), kiedy indziej uprawniena okazały się niemożliwe do zdobycia w krótkim okresie czasu, jeszcze inne okazały się zbyt kosztowne. Wiele rzeczy musiałam sobie wtedy przewartościować.

To ja przed moją pierwszą rozmową kwalifikacyjną. Żartuję! To ja przed wizytą u dentysty. To dużo straszniejsze!

Rozpoczęłam więc pracę w biurze, nine-to-five, nowość dla mnie i trochę niewola. Pierwszy dzień przepłakałam. Że nie wytrzymam, że nie chcę żyć jak w dniu świstaka, że dojazdy zajmują mi 3 godziny dziennie, że nie mam życia. Głos rozsądku w postaci moje mniej rozchybotanej emocjonalnie połówki postawił mnie do pionu, otrząsnął.  Tak, w tamtym momencie byłam po prostu rozpieszczonym głupim dzieciakiem. Postanowiłam więc wziąć się w garść. Podjęłam wyzwanie i dałam sobie czas.

No więc minął rok. Jak zwykle nie wiadomo kiedy. Przez ten rok poznałam wspaniałych ludzi. Niektórzy są pilotami latającymi nad australijskim outbackiem, inni na codzień opowiadają mi przez telefon o krokodylach, wężach i bawołach. Kilkoro z nich stało się przyjaciółmi. Z innymi snuję śmiałe plany zawodowe na przyszłość. Przez ten rok nauczyłam się tak wiele… Nie tylko o samej Australii i branży turystycznej “od zaplecza”, ale o ludziach w ogóle. Wreszcie nauczyłam się ufać innym, nie brać wszystkiego na siebie, doceniłam siłę współpracy. Musiałam też nauczyć się pokory. Przyznawania do błędów, do tego, że nie zawsze muszę mieć rację. Nauczyłam się tego, że czasem naprawdę milczenie jest złotem. Ale przede wszystkim nauczyłam się cierpliwości. Tego, że nie zawsze jest tak jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje. Co się więc wydarzyło?

Szalona Amy, z którą naprawdę się zaprzyjaźniłam. Tak wyglądał nasz bożonarodzeniowy lunch w firmie. Szef postanowił dorzucić szampana 🙂
Czasami nawet najnudniejsza biurowa praca może zaskoczyć. Jak na przykład wtedy, gdy zostaliśmy zabrani na prywatny rejs po Sydney Harbour po godzinach.

W październiku moja firma postanowiła zatrudnić nam kogoś do pomocy w dziale rezerwacji, ale również do usprawnienia systemów, raportowania, jednym słowem do tych wszystkich okropności, których my unikaliśmy jak ognia. Stworzono więc nowe stanowisko, reservations manager, którego nigdy wcześniej nie mieliśmy (i niespecjalnie szczerze mówiąc potrzebowaliśmy). Pojawiła się więc pani manager, z którą faktycznie wiązaliśmy duże nadzieje. Miała nam pomóc w organizacji pracy, niestety już po kilku tygodniach okazało się, że wybór nie był trafiony. Pani manager co kilka dni nie pojawiała się w pracy, wymówki były różne. Nie moglismy na niej polegać, zaczęły się pojawiać kłamstewka i negatywna energia. Niepoważna sytuacja jednym słowiem. Jakoś “przezimowała” okres świąteczny, być może dlatego, że wszyscy mieli wtedy pobrane urlopy i ktoś musiał stać na warcie.

Ja ze swojego urlopu wróciłam dopiero w pierwszej połowie stycznia. Nowy rok zaczął się dla mnie dobrze, wróciłam z Polski z naładowanymi bateriami i (znowu) głową pełną pomysłów “będę rozkręcać swój własny biznes”. Ale w pracy atmosfera po moim powrocie była wyraźnie skwaszona. Zaczęły się szepty, spotkania z szefem, zapewne w sprawie pani manager. Nikt mnie na te spotkania nie zapraszał. Czułam się z tym co najmniej dziwnie, bo byłam tak naprawdę jedyną osobą zatrudnioną na pełny etat w dziale rezerwacji i sprzedaży, co w praktyce oznaczało tyle, że jak pani manager zawaliła, ja cichutko zamiatałam. Pani manager, która miała mną zarządzać nie umiała podjąć samodzielnie żadnych decyzji i kończyło się to najcześciej tym, że zarządzającym zarządzał zarządzany. Absurd. No ale siedziałam sobie cicho i generalnie “rżnęłam głupa” – powiem wam, że ostatnio jest to moja ulubiona metoda działania. Jak ktoś się mnie w pracy o coś czepia, udaję, że nie wiem, nie rozumiem, nie czaję. Udaję idiotę po prostu. bardzo mało mówię i bardzo uważnie słucham. Zazwyczaj działa to zajebiście. Ale cierpliwość mi się powoli kończyła. Czułam się niedoceniona, ignorowana. Miałam  już nawet sama prosić o spotkanie z “managementem”, chciałam się wyżalić na koleżankę i wylać wreszcie z siebie to wiadro frustracji. Ale poczekałam.

Kilka dni później dowiedziałam się, że ze mną też będzie spotkanie. Myślałam, że w sprawie wyżej opisanej. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po dziesięciominutowej rozmowie nagle zaproponowano mi awans. Ktoś dostrzegł moją ciężka pracę, to wszystko, co w czasie kryzysu zaczęłam robić jakby naturalnie. Co lepsze, pozycję manager zlikwidowano, ku wielkiej uldze nas wszystkich, a mi zaproponowano stanowisko reservations supervisor oraz trochę odmienny przydział zadań i nowych obowiązków, zdecydowanie bardziej odpowiedni dla mojego charakteru (czytaj, kontakt z ludźmi przede wszystkim a nie raportowanie i kreślenie tabeleczek). Dzięki temu, że trzymałam język za zębami i nie musiałam najeżdżać na koleżankę ani prosić o podwyżkę (a miałam taki zamiar), na nowe stanowisko weszłam z zupełnie czystym sumieniem, lepszą pensją i błogosławieńswtem szefa. Be szemrania, wygryzania, bez negatywnej energii. Na koniec usłyszałam dziś, że zrobić taki krok do przodu w rok to something unheard of.

„There is always sunshine after the rain”, mawiał mój stary dobry australijski przyjaciel. Tego popołudnia miałam zaszczyt oglądać ten spektakl kolorów, rosy i światła z mojego balkonu w Cronulli.

Przez ostatni rok nie zostałam tłumaczem ani przewodnikiem. Nie zarabiam nie wiadomo ile. Nie zawojowałam świata. Zdobyłam natomiast wszystkie potrzebne mi do tego “sprawności”. Teraz potrzeba czasu i… jeszcze więcej cierpliwości. Poznałam lokalny rynek, zbudowałam bardzo dobre relacje z osobami, których pomocy będę potrzebowała. Rok temu, rzucając się na głęboką wodę odniosłabym sromotna porażkę. Gdy bywało gorzej, pewnie tak jak każdy, byłam gotowa spakować walizkę i uciekać do domu, schować głowę pod kołdrę, pobiec zapłakana do mamy. Ale mama jest teraz bardzo daleko. Jeszcze w grudniu byłam przekonana, że nie wytrzymam tej rozłąki dłużej, spotkania z wszystkim ukochanymi mi osobami w Polsce (na które nigdy nie było wystarczająco dużo czasu) rozdarły mi serce. To był piękny i ciężki czas zarazem. Gdybym wtedy stchórzyła, gdybym wróciła, to wszstko co dzieje się teraz nigdy by się nie wydarzyło. Good things take time, mawiają. Ten czas jest potrzebny, żeby stać się gotowym. Na kolejny krok.

Epilog trochę filozoficzny

Nagle wszystko ma sens. Daleko mi do myślenia “tak miało być”, “to przeznaczenie”. Bliżej jest mi do Freuda i smętnych egzystencjalistów, którzy twierdzą, że wszystko jest kwestią przypadku i nie istnieją “cudowne zbiegi okoliczności, że toczymy się przez życie bez ładu i składu. Jednak w tej pesymistycznej filozofii tkwi jedno bardzo mądre przesłanie. Jest w nas siła, żeby rzeźbić własną przyszłość, pisać własne scenariusze. Tylko od nas samych zależy reakcja na to, co nam się w życiu przytrafia. Można każdą szansę wykorzystać lub zaprzepaścić. Ale trzeba po prostu nie bać się wyzwań i ciężkiej pracy, starać się być porządnym człowiekiem i dawać z siebie jak najwięcej w każdej sytuacji, bo druga okazja może się już nie przytrafić. Tylko tyle i aż tyle.

Wpis ten dedykuję  moim nowym (i jednej starej 😉 ) przyjaciółkom, Beacie, Oli, Marioli i Kamili, dzięki którym czuję się tu coraz bardziej jak w domu. Dziękuję, że jesteście dziewczyny.

2 Comments

  1. Sulik
    27 czerwca 2017 at 02:35
    Reply

    Powoli zastanawiam się nad poszukiwaniem pracy w Australii, ale nie wiem czy zdalnie z Polski takie poszukiwania mają jakikolwiek sens. Z zawodu jestem inżynierem chemii (wg. listy zawodów na które jest zapotrzebowanie w Australii widziałem inżynierów chemii) i zajmowałem się m.in. uzdatnianiem wody oraz sporo handlowałem chemikaliami i sprzętem analitycznym.
    Możesz zaproponować gdzie zacząć poszukiwania ?

    • Anulla
      9 lipca 2017 at 21:58

      Hej, dziękuję za komentarz i przepraszam za poślizg z odpowiedzią. Bardzo chciałabym pomóc, ale szczerze mówiąc nie miała do czynienia jeszcze z twoją branżą. Myślę, że gdybyś miał już wizę to na najbardziej owocny byłby kontakt z rekruterami, np. firmą Hays, tutaj bardzo sprawnie działa rynek w pośrednictwie pracy. Jeśli wizy nie masz i nie wiesz na jaką się zdecydować, to masz dwie drogi – próbujesz szczęścia rozsyłając dobre CV do firm, które mogą cię potrzebować – i myślę, że to jest bardzo dobra opcja, tylko potrzeba czasu, żeby zrobić odpowiedni research i wiedzieć do kogo uderzać, albo opcja druga jest taka, że składasz wniosek o skilled visa, skoro mówisz, że twój zawód znalazł się na liście i wtedy reszta w rękach losu pozostaje. Jeśli wizę ci przyznają, to z pracą na miejscu na pewno nie będzie problemu.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *