Blog posts

Patriota AD 2018

Patriota AD 2018

Emigracja, Strona główna

Patriotyzm to trudne słowo w 2018.

Czasem niewygodne, być może wstydliwe, zawłaszczone, niebezpieczne. Może się nam za nie oberwać. Ale dzisiaj w tak wyjątkowym dniu, choć daleko od Domu, nie boję się powiedzieć, że czuję się patriotką. Na przekór tym, którzy chcieliby mnie z takiej możliwości odrzeć za to, że w ich oczach jestem emigrantką, żoną obcokrajowca, brunetką o niesłowiańskiej urodzie (niepotrzebne skreślić). 

Czym jest dla mnie patriotyzm?

Przede wszystkim znajomością języka polskiego. Być może z powodu mojego filologicznego wykształcenia język zawsze był dla mnie wyznacznikiem tożsamości narodowej, przede wszystkim dlatego, że nierozerwalnie wiąże się z kulturą niematerialną danej grupy społecznej. Język to literatura, poezja, przysięgi i hymny, modlitwy i przekleństwa, obietnice wyborcze, pieśni ludowe i tradycyjne przyśpiewki powtarzane przez nasze babki przy ognisku, nawet wtedy gdy nie potrafiły one spisać ich na papierze. Tym wszystkim jest język.

Niedawno odwiedziła mnie pewna wyjątkowa Polka z Melbourne (poznałyśmy się jakiś czas temu przez mojego bloga! 😊 ), z wykształcenia psycholog. I powiedziała mi ciekawą rzecz, że w psychologii istnieje teoria na temat osobowości językowych: podobno tyle ich mamy, ile znamy języków. Dlatego czuję się Polką, gdy mówię po polsku. Czuję ten język, lubię jak mi trzeszczy między zębami. W szczególności poezja, bo jest to coś czego nie da się zrozumieć ani wytłumaczyć, poezję można tylko poczuć.

 Nie wiem, co to poezja, nie wiem, po co i na co… Wiem, że czasami ludzie czytają wiersze i płaczą… Władysław Broniewski

Z tego powodu każdy, kto zna język polski (lub zechciał go choć trochę poznać) jest dla mnie w jakimś sensie polskim patriotą. Nawet jeśli w tej Polsce się nie urodził, tak jak mój kolega Włoch, znakomity przewodnik po Krakowie, pilot wycieczek, licencjonowany przewodnik po Muzeum Państwowym w Oświęcimiu oraz znawca historii Żydów polskich. Podziwiam go za to, że Polskę wybrał sobie jako swoją ojczyznę, bo ojczyzna to trudna. Nie mogę patrzyć jak na fali prymitywizmu i nienawiści, która ten piękny kraj niszczy od środka przez ostatnich kilka lat ludziom takim jak on obrywa się za to, że nie jest Polakiem (sic!). Po stokroć bardziej wartościowym polskim patriotą jest właśnie mój kolega Włoch, niż ci, którzy niestety po raz kolejny wyjdą dziś krzyczeć i pluć żółcią na Krakowskim Przedmieściu. Większość tych osób prawdopodobnie nie zdałoby kartkówki z ortografii języka polskiego na poziomie szkoły podstawowej, nie mówiąc już o tym, że mogliby mieć problem z określeniem dat pierwszej i drugiej wojny światowej i wskazaniem choć jednego polskiego noblisty. Tylko dlatego, że ktoś urodził się w takim a nie innym kraju nie czyni z niego wartościowego obywatela, na tytuł patrioty trzeba sobie według mnie zasłużyć.

Kolejnym wyznacznikiem patriotyzmu jest dla mnie znajomość historii. W przeciwnym razie ktoś kto tupie nogami pod Pałacem Prezydenckim jest po prostu bardzo głupiutkim, małym człowieczkiem. Albo może mocniej: zwykłym chamem, który nie ma pojęcia o czym tak naprawdę mówi ani o co „walczy”, a jego „patriotyzm” sprowadza się do picia polskiego piwa w pseudopatriotycznym podkoszulku (made in China zapewne).

Chciałabym, żeby osoby te zechciały czasem przeczytać wartościową książkę lub posłuchać mądrych ludzi, takich jak na przykład prof. Norman Davies (ale to nie Polak, więc na pewno nie może mieć racji, a jego wypowiedzi muszą być zmanipulowane). Norman Davies wypowiedział się kiedyś na temat Rzeczpospolitej Szlacheckiej w XVII w., nazywając ją melodyjnie Respublica Serenissima (naprawdę wartościowe 8 minut – polecam obejrzeć). Statystki z tego okresu naszej historii pokazują, że Polacy stanowili w tym czasie ok 50% ogółu ludności, Rzeczpospolita miała bowiem charakter państwa wielonarodowościowego. Prawie połowa to inne narodowości, które mniej lub bardziej żyły ze sobą we względnej zgodzie. Gdyby Prawdziwy Polak umiał i chciał czytać, wiedziałby, że często to co „polskie”, co tak bardzo uwielbia, jest owocem setek lat koegzystencji wielu różnych kultur na terenie naszego (?) kraju. Począwszy od języka, a na gastronomii kończąc. Nie byłoby polskiej kuchni bez obcych wpływów, nasza muzyka, tańce, tradycje są przesiąknięte wpływami innych kultur i dzięki temu właśnie są one takie bogate, kolorowe, hipotyzujące.

Ale zaraz, ja przecież mieszkam w Australii… Jakim prawem się wymądrzam?

Cóż, wiem kim był Strzelecki i dlaczego postanowił nazwać najwyższy szczyt Australii Górą Kościuszki. Gdy przychodzi Boże Narodzenie spotykamy się przy tradycyjnie zastawionym stole z polskimi przyjaciółmi, słuchamy kolęd i dzielimy się opłatkiem. Ale też świętuję australijskie święta, uczę się jej historii, jestem z Australii dumna i potrafię się wzruszyć, gdy Australijczycy przeżywają ważne momenty narodowe.

Czy mam w takim razie prawo czuć się patriotką mieszkając za granicą?

Dopóki język i pióro mnie nie zawiedzie, dopóki autentycznie tęsknię za moją ojczyzną (choć uważam, że ojczyzn można mieć kilka, z wyboru), dopóki przejmuję się losem innych Polaków i pomagamy sobie nawzajem, dopóki śpiewam, myślę i modlę się po polsku – myślę, że tak.

A to, czy 11 listopada spędzam owiana smogiem, słuchając krakowskiego hejnału (swoją drogą, słowo pochodzenia węgierskiego) czy też na australijskiej plaży, nie ma to naprawdę żadnego znaczenia.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *