Blog posts

Przesyt

Przesyt

Emigracja, Strona główna Featured

Mogłam znów odłożyć napisanie tego tekstu na później. W końcu minęło już prawie 5 miesięcy odkąd na moim blogu pojawił się ostatni wpis, jaką różnicę zrobi jeden dzień? Żadną. Dlaczego więc piszę właśnie teraz? Bo zaczynam dojrzewać do jakiejś ważnej zmiany i choć nie wiem jeszcze do końca jaki będzie jej ostateczny efekt, czuję, że to będzie zmiana na lepsze. Czuję, że nie powinnam czekać aż przyjdzie inspiracja, aż pojawi mi się wizja spójnego tekstu w głowie. Zazwyczaj zwlekam. Ale chcę to zmienić, dlatego właśnie teraz piszę, tekst pozornie o niczym, bez ładu i składu, co ślina na język przyniesie. A słowa są sprawcze. Te zapisane mają jeszcze większą moc, dlatego teraz właśnie, w całkiem zwyczajny czwartek, bez konkretnego planu, w nocy, siedzę w cichym pokoju i piszę i nie wiem jak się ten tekst skończy.

Piszę, bo postanowiłam skończyć z zastawianiem pułapek sama na siebie.

Pierwsza to pułapka perfekcjonizmu.

Kiedyś wydawało mi się, że dopóki nie jestem do czegoś w 100% przygotowana, nie powinnam nawet zaczynać. Jeśli nie zrobiłam odpowiedniego planu działania, poprzedzonego szczegółowymi przygotowaniami. Albo jeśli nie ułożyłam sobie logicznie wszystkich myśli w głowie, nie spisałam za i przeciw, nie rozważyłam wszystkich argumentów. Jeśli warunki zewnętrze nie sprzyjały – bo za głośno, bo za cicho, bo za późno, bo nie zdążę w całości, bo muszę poczekać na ten „idealny moment”. Wiecznie niegotowa, to jeszcze nie ten czas. Nigdy nie wystarczająco dobra, żeby nawet zacząć.

Efekt? Tysiące pomysłów w głowie a namacalnych osiągnięć brak. Setki zapisanych stron, rozpoczętych tekstów, niedopieczonych tytułów nagryzmolonych gdzieś w notatniku, ale wpisów brak. Zazdrość. Jak inni to robią? Jak oni to robią, że ze wszystkim wyrabiają, że są konsekwetni, że trwają w swoich postanowieniach. A obcy ludzie mówią mi czasem, że jestem tak bardzo zorganizowana. Przyjaciele mówią, że podziwiają mnie za to, że tyle robię, że ciągle „coś się u mnie dzieje”, że nie marnuję ani chwili, że jestem aktywna. Patrząc z boku można by powiedzieć, że faktycznie, czerpię z życia pełnymi garściami. Skąd więc ten dysonans? Dlaczego mi zawsze wydaje się, że mogłabym robić więcej, a przede wszystkim lepiej, że marnuję czas, że „jeszcze tyle” przecież jest to zrobienia i do poprawienia?

Druga pułapka to planowanie. Beznadziejne i w zasadzie z góry skazane na porażkę próby ujarzmienia mojej niesfornej rzeczywistości. Spisuję listy rzeczy do zrobienia – notorycznie. Równie notorycznie nie wykreślam z nich pozycji. Zazwyczaj przepisuję po prostu na nową kartkę i przy okazji dorzucam jeszcze kilka „absolutnie koniecznych” obowiązków. Na przykład poukładanie słoików z suszonymi owocami w alfabetycznej kolejności o 1 w nocy, lub coś mniej więcej tego kalibru. Wiecie, „koniecznie”. To przecież nie może czekać do jutra, to musi być zrobione! Polski język, niestety, nie pomaga. Ten kto go wymyślił zapewne był perfekcjonistą z kompleksem niskiego poczucia własnej wartości. Bo w języku polskim istnieje coś takiego jak złowieszcza forma bezosobowa. Trzeba zrobić, to musi być przygotowane, tak nie może być. Says who? I kto to ma zrobić ja się pytam.

Golfo di Orosei, wschodnia Sardynia

W poniedziałek wróciliśmy z długo wyczekiwanych wakacji. Tak naprawdę, była to próba powtórzenia naszej podróży poślubnej, zaplanowanej na 2018. Niestety, życie napisało wtedy inny scenariusz i wraz z odejściem mojej Mamy zawalił mi się świat. Gdy otrzymałam wiadomość o tym, że zapadła w śpiączkę właśnie zaczynaliśmy drugi dzień podróży. Reszty możecie się domyślić. Jadąc na Sardynię zależało mi na tym, aby nie poddać się smutnym wspomnieniom, lękowi przed powrotem w te same miejsca, dlatego dokładnie rok później znów polecieliśmy do Cagliari, żeby dokończyć to co zaczęliśmy wtedy. I było pięknie. Ale, jak to zwykle w naszym przypadku, również bardzo intensywnie. Podczas 3 tygodni urlopu udało nam się odwiedzić przyjaciół w Szwajcarii i w Gdańsku (wszyscy byli gośćmi weselnymi rok wcześniej), świętowaliśmy pierwszą rocznicę ślubu w Sopocie, odwiedziliśmy rodzinę w Krakowie, objechaliśmy Sardynię w 10 dni, świętując przy okazji urodziny męża i skończyliśmy podróż w Chorwacji, gdzie też odwiedzaliśmy znajomych (tym razem Australijczyków). Od sierpnia 2018 roku, czyli on naszego ślubu włącznie, byłam w podróży międzykontynentalnej co 3 miesiące, o czym zresztą był po części ostatni post, który pisałam… w podróży będąc. Policzyłam, że w okresie ostatnich 12 miesięcy odbyłam 27 lotów (proszę o wyrozumiałość jeśli chodzi o „ślad węglowy” – mieszkam naprawdę daleko od domu. W zasadzie to daleko od wszystkich i wszystkiego…). Nie, nie znudziło mi się podróżowanie. Ale nastąpił przesyt. Osiągnęłam jakąś masę krytyczną jeśli chodzi o inetnsywność mojego życia, jakkolwiek barwne i ciekawe ono by się nie wydawało. Uwielbiam podróżować, uwielbiam jak się dużo wokół dzieje i uważam się za osobę raczej towarzyską. Ale po tej ostatniej podróży dotarło do mnie, że po prostu muszę zwolnić. Żyjemy w czasach, gdy towarami najbardziej luksusowymi są cisza i czas.

Po powrocie z tej ostatniej podróży postanowiłam wreszcie NIE planować. Dać sobie tę przestrzeń na to, żeby rzeczy same się działy. Don’t try – przeczytałam ostatnio w mądrej książce o niezbyt mądrym tytule „The Subtle Art of not giving a F*ck”. I wiecie co? Wtedy dzieje się magia. W momencie kiedy przestałam usilnie się starać, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby zdobyć najwyższą notę u swojego wewnętrznego krytyka (a straszna to zmora, co siedzi w mojej głowie), żeby mieć perfekcyjnie zaplanowany tydzień, z pomysłem na zagospodarowanie każdego wieczoru, krokomierzem na nadgarstku i wyobrażeniem o tym jak będzie wyglądał mój bardzo-produktywny-weekend… wtedy to wszystko zaczęło się tak po prostu dziać. Bez tego bata w głowie. I żeby było jasne, wcale nie uważam, że krokomierz lub planowanie posiłków to coś złego. Owszem, wciąż mam wyobrażenie o tym jak CHCIAŁABYM żeby wyglądał mój tydzień, ale tym razem nie zrobiłam żadnej listy (z wyjątkiem zakupów). Nie zapisałam sobie co zrobię, a czego nie zrobię. Czego nie będę pić i jeść, ile razy pójdę pobiegać. Zamiast tego pomyślałam sobie, że „fajnie byłoby gotować w domu, przestać wydawać pieniądze na kawę na mieście i lepiej spać”. Że dobrze byłoby znaleźć czas… na nic. I wreszcie poluzowałam ten ciasny kołnierzyk własnych wymagań wobec siebie samej, żeby dać sobie przestrzeń. Do nic nie robienia lub robienia tego, co chcę, co akurat w danym momencie wydaje mi się ważne.

Wiecie jaka jest najlepsza pamiątka, którą przywiozłam z ostatniej podróży? Jest nią włoskie Dolcefarniente. Cudowne słowo. Czy to w ogóle do pojęcia, że Włosi wynaleźli osobne słowo, z właściwą sobie definicją, na słodkie nic nie robienie? Jedno piękne słowo. I nigdzie nie było ono tak aktualne jak w Bitti albo Aggius, w głębokim górskim interorze Sardynii. Na wyspie gdzie jest największe skupisko osób, które dawno skończyły już 100 lat, ale wciąż gotują, tańczą i jeżdżą na rowerze. W miasteczkach, gdzie o godzinie 13:00 wszystko zamiera, a gorące sierpniowe powietrze jest tak ciężkie i gęste, że można w nim zastyc jak w bezbarwnej smole. To powietrze pachnie wtedy drzewem korkowca, mirtem, ziemią… i nic nie ma. Tylko ta cisza i czas.

Aggius, północna Sardynia

Minęły 2 tygodnie od naszego powrotu. I choć wolałabym być wciąż na Sardynii albo na plaży w Sopocie, zamiast znów siedzieć w sztucznie oświetlonym biurze w centrum Sydney, to paradoksalnie wreszcie oddycham.

Czyli ta podróż była potrzebna. Musiałam się na jej początku zmęczyć, żeby pod koniec coś zrozumieć i odetchnąć. Bo wszystko ma sens w swoim czasie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *