Blog posts

W Drogę! Czyli playlista bardzo subiektywna

W Drogę! Czyli playlista bardzo subiektywna

Emigracja, Podróże za ocean, Roadtrip

Poniższy tekst powstał miesiąc temu, gdy pakowałam się w samotną podróż do Wietnamu, o której też niedługo opowiem na blogu. Postanowiłam go nie zmieniać, ponieważ stanowi on w jakimś sensie moment zwrotny, znak czasów. Ciężko ogarnąć nagłą zmianę w dotychczasowym stylu życia, która dokonała się w zaledwie kilka tygodni.

Podróżowanie pewnie też już nigdy nie będzie take samo, jednak jestem pozytywnej myśli, że nawet jeśli w przyszłości będzie wyglądać inaczej, to wcale nie znaczy, że gorzej. Podstawą ewolucji naszego gatunku zawsze była adaptacja. Jestem pewna, że przywyczaimy się do tych zmian tak, jak w przeszłości zawsze przyzwyczajaliśmy do nowej rzeczywistości po trudnych, czy wręcz traumatycznych wydarzeniach. Póki co, trzeba przeczekać, nie dać się zwątpieniu i melancholii. Znaleźć gdzieś tę iskierkę, dzięki której będziemy mogli „just keep on going”.

Playlista, którą dla was przygotowałam faktycznie towarzyszyła mi pakując plecak do Wietnamu i umilała czas podczas wielu godzin spędzonych w samolocie, pociągu, autobusie… Nawet jeśli w obecnych okolicznościach nie możemy się wybrać w daleką drogę, to pamiętajcie o sile wyobraźni. O tym, że muzyka potrafi przenieść nas w inny wymiar: przywołać wspomnienia o odległych miejscach, które już odwiedziliśmy, lub wręcz przeciwnie, stworzyć obrazy miejsc, które wciąż czekają na odkrycie. Pamiętajcie też, że podróżowanie nie podlega ocenie ilościowej. Podróż daleka nie jest lepsza od tej lokalnej, całkiem blisko. Podróż to stan umysłu, to przyjemne drżenie pod stopami i ten uścisk w sercu, który najbardziej chyba przypomina ten moment, kiedy pierwszy raz szliśmy do szkoły i w końcu musieliśmy puścić maminą rękę. I baliśmy się, był strach i niepewność, ale gdzieś tam na pograniczu świadomości pojawiło się też uczucie przyjemnej ekscytacji przed nieznanym. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu (i wysłuchaniu playlisty) choć jeden z was wybierze się na spacer po swojej okolicy i za dobrze znanym zakrętem wybierze tym razem tę mniej znaną drogę uśmiechając się do siebie pod nosem, to będzie to dla mnie najlepszy motywator, żeby pisać dalej i że to pisanie ma sens. Nawet jeśli przez następnych kilka miesięcy będę pisać o ulotnych wspomnieniach i duchach z przeszłości.

[Koniec edycji – originalna treść z 25 lutego poniżej]

Jeśli jesteście typem sensorycznego wrażliwca, tak jak ja, to mam nadzieję, że playlista, którą dla was stworzyłam zainspiruje was do wybrania się w drogę lub po prostu poprawi humor, tak jak mnie gdy siedzę w oświetlonym jarzeniówkami biurze, pięknego późnoletniego słońca nie widać, a praca moja polega na planowaniu logistyki w miejscach, w których wolałabym być (w momencie gdy to piszę, rezerwuję właśnie loty z Reykjavik do Nuuk na Grenlandii dla przewodników, którzy pracują na naszym statku), także sami rozumiecie jakie to uczucie.

Trochę się już znamy, ale być może nie wiedzieliście o tym jak wielkie znaczenie na w moim życiu muzyka. Powiedziałabym nawet, że zajmuje ona pierwsze miejsce jeśli chodzi o rzeczy, które mnie przyciągają, relaksują, przenoszą w inny wymiar. Muzyka to dla mnie powietrze, terapia, wzruszenia i spontaniczne stukoty serca. Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – nie umiałabym bez niej żyć.

Pochodzę z dość umuzykalnionej rodziny, choć nikt nigdy (niestety?) nie zdecydował się na wybór myzycznej ścieżki w swoim życiu zawodowym. Tata zaczął od gry na akordeonie, ale w wieku nastoletnim przerzucił się na gitarę i sam nauczył się grać. Mama zawsze śpiewała, w czasach studenckich zapisała się do chóru Zespołu Pieśni i Tańca „Krakus” przy krakowskim AGH. Dzięki temu mogła też podróżować do miejsc, do których innym obywatelom PRL nie było dane. Dziś widzę ją w trochę w postaci Zuli z „Zimnej Wojny” Pawlikowskiego.

Muzyka może nas przenieść w miejsca, które pamiętamy jak i tam gdzie nigdy wcześniej nawet jeszcze nie byliśmy. Drugą w kolejności lub być może rónorzędnie ważną rzeczą są dla mnie słowa.

I tak też powstała ta playlista.

Jest ona bardzo eklektyczna, od muzyki lekkiej, letniej i niewymagającej do utworów bardziej klimatycznych, po instrumentalne.

Niektóre kawałki kojarzą się z podróżą bezpośrednio poprzez swój tytuł. Konkretne miejsca naszej znanej geografii. Czasem są to miejsca, w których nie byłam, ale które mam nadzieję kiedyś zobaczyć (The Gates of Istanbul hipnotycznej Loreeny McKennit), inne tytuły przywołują bardzo wyraźne wspomnienia podróży już minionych: Lana del Rey, lub klasyki takie jak California Dreamin’ i San Francisco (Be Sure To Wear Some Flowers In Your Hair) to w mojej głowie muzyczny dziennik podróży po zachodnim wybrzeżu USA jesienią 2013 roku. Down Under australijskiego zespołu Men At Work, poniekąd nieoficjalny „hymn” Australii, już na zawsze będzie mi się kojarzyć z roadtripem po Wyspie Kangura, gdy po dwudziestukilku latach mojego życia zostałam oświecona, że tekt tej piosenki jest nie tylko po angielsku (kiedyś myślałam, że refren to jakieś afrykańskie rytmy 😉), ale co więcej jest błyskotliwy, zabawny i zawiera w sobie esencję australijskości. A skoro już mowa o australijskiej muzyce, znajdziecie tutaj kilka moich ulubionych utworów, które choć nie mają bezpośredniego związku z podróżowaniem, są tak pozytywnie naładowane świeżością, słońcem i energią, że po prostu „chce się wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady” (choć w moim przypadku lepiej obecnie brzmi „rzucić wszystko i wyjechać na Tasmanię”).

Utwory, których tu się raczej nie spodziewaliście: mamy Justynę Świąs z the Dumplings, we współpracy z Sonar Soul (czyli Łukaszem Stachurko, który stoi między innymi za projektem Rysy). Rewelacyjny, klimatyczny kawałek The Dive. Wprawdzie śpiewany po angielsku, ale mamy polski akcent. Nie pytajcie mnie dlaczego ten utwór sprawia, że chcę złapać plecak i jechać gdzieś daleko. Tak się po prostu dzieje gdy go słucham. Ciekawa jestem czy istnieje jakaś teoria muzyki, która umiałaby wytłumaczyć dlaczego konkretne tonacje, konkretny rytm i tempo potrafią sprawić, że faktycznie słuchając tego utworu czuję się jakbym zawisła w głębinach oceanu z wołającą gdzieś z oddali Syreną-Justyną. Też tak macie, że ten utwór ma dla was kolor głębokoniebieski? Muzyka ma kolor. Czy to nie jest piękne.

Show Me brytyjskiego electro-duetu Mint Royale. Zshazamowałam [sigh] ten kawałek gdy oglądaliśmy świetny film dokumentalny o górskim kolarstwie wyczynowym, Gamble – szczerze mówiąc nie wiem jak lepiej opisać czym jest jazda terenowa rowerami MTB po polsku, no ale o tym jest ten film. Lekki i zabawny, utrzymany w „mafijnej” konwencji w stylu Ojca Chrzestnego, bez dialogów, ale za to z jaką muzyką i jakimi widokami! Argentyna, Nowa Zelandia, Canada, RPA…. Jeśli kręci was downhill, góry, rowerowe akrobacje i fajni kolesie, to koniecznie go zobaczcie.

Jest i Oscar z 2005 roku dla Argentyńczyka Gustavo Santaolalla : Al Otro lado del río [Po drugiej strony rzeki]. To utwór, który przede wszystkim wzrusza swoim tekstem:

Oigo una voz que me llama, casi un suspiro
Rema, rema, rema

[Słyszę głos, który mnie woła, prawie szept. Wiosłuj, wiosłuj, wiosłuj]

Mam do niego także ogromny sentyment, bo pochodzi z jednego z moich najukochańszych filmów drogi, czyli z „Dzienników Motocyklowych” z Gaelem García Bernalem, który wciela się w rolę w młodego Che Guevary.

Idąc tym tropem, mamy przepiękny utwór instrumentalny z tego samego filmu, De Ushuaia a la Quiaca. Te miejsca nic konkretnego dla mnie nie znaczyły, ot dwa punkty na mapie wyznaczające najdalej oddalone od siebie równoleżnikowo krańce Agentyny. 14 lat później, będę lecieć z Sydney do Ushuaia do pracy i zanim wsiądę na statek, którym popłynę na Antarktydę, zrobię sobie zdjęcie pod tablicą z napisem „Fin del Mundo” [Koniec Świata].

Czasem o tym, czy dany utwór znajdzie się na mojej playliście zdecydowały słowa. Jak chociażby Enya (której muzyki na codzień nie słucham w ogóle). I z tymi słowami, z tym zachwytem nad światem – dalekim i bliskim – chciałabym was dziś zostawić.

Pamiętajcie, wszystko się kiedyś skończy. A tymczasem, „we just have to keep on going”.

I walk the maze of moments
But everywhere I turn to
Begins a new beginning
But never finds a finish
I walk to the horizon
And there I find another
It all seems so surprising

The moon upon the ocean
Is swept around in motion
But without ever knowing
The reason for its flowing
In motion on the ocean
The moon still keeps on moving
The waves still keep on waving
And I still keep on going

Enya, Anywhere is (2001)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.