Blog posts

Trekking w Australii: Pigeon House Mountain

Trekking w Australii: Pigeon House Mountain

Atrakcje, Australia


Cykl: 10 najlepszych tras trekingowych w Australii

Gdzie? Morton National Park, NSW (250 km na południe od Sydney)
Start szlaku: 30 km na południowy-zachód od miasteczka Milton. Przy głównej drodze (Pacific Highway), jest drogowskaz w kierunku Clyde Ridge Road, która mniej więcej w połowie przechodzi w szutrową drogę – nie trzeba mieć 4WD, ale trzeba uważać na wertepy.
Poziom trudności: 4/5 średniozaawansowany. Brak zasięgu, strome (ale krótkie) podejście, końcówka wspinaczki to metalowe drabinki po pionowej skale, osoby z lękiem wysokości mogą mieć problem. Na szczycie trzeba uważać, bo jest stromo. Trasa tam i z powrotem.
Wysokość, czas i dystans: 720 m (ale pamiętajcie, że będziecie zaczynać prawie z poziomu morza) | 3-4 godziny | 5.6 km
Highlights: panoramiczne widoki 360° na dziewiczy Morton NP, zachody słońca, piękna trasa dojazdowa, urokliwe nadmorskie australijskie miasteczka po drodze

Czy mówiłam wam już jak bardzo uwielbiam południowo-wschodnie wybrzeże Australii? Fotografie i relacje z sennych, nadmorskich miejscowości przewijają się u mnie regularnie.

Nie wiem skąd się to wzięło, ale od zawsze ciągnęło mnie na południe: mieszkałam zawsze po południowej stronie Krakowa, Tatry są na południu Polski, a moja ukochana Hiszpania na południu Europy. Jestem ewidentnie południową dziewczyną 😉 To samo dzieje się w Australli – zamieszkałam na południe od Sydney i muszę przyznać szczerze, że bardzo rzadko przekraczam Sydney Harbour Bridge, który jest bramą na północ. Natomiast gdy tylko nadarzy się okazja, uciekam na tzw. South Coast.
Ulubione miejsca? Widokowa trasa rozciągająca się pomiędzy Royal National Park a Wollongong, Jarvis Bay ze swoimi dzikimi plażami, okolice Batemans Bay z rewelacyjnymi campingami, Narooma, gdzie można nurkować z fokami… mogłabym wyliczać bez końca.

O miejscu, o którym chcę wam dzisiaj opowiedzieć dowiedziałam się jednego z magazynów podróżniczych o Australii. Było tam zdjęcie pięknego, dzikiego lasu, pośród którego wznosił się szczyt góry o bardzo charakterystycznym, stożkowatym jakby kształcie. Do dziś jest to jedna z moich najbardziej ukochanych tras trekkingowych w całej Australii.

Góra, o której mowa to Pigeon House Mountain, czyli “gołębnik” po naszemu. Zgadnijcie, kto jest odpowiedzialny za tę nazwę? Tak, zgadliście. Nieśmiertelny, wszechobecny Kapitan James Cook. Będąc w Australii, już zawsze będziecie czuć na karku jego oddech:

…a remarkable peaked hill which resembled a square dovehouse with a dome on top and for that reason I called it Pigeon House.

Nie wątpię, że Cook był on niesamowicie ciekawą osobowością i bardzo chciałabym sobie z nim pogadać sącząc rum w jakiejś obdartej, tasmańskiej tawernie, ale sądząc po nazewnictwie jakie sobie upodobał, nie był raczej obdarzony wrażliwością liryczną. Nazwy, które wybierał były albo do bólu pragmatyczne (jak chociażby Mount Warning, o której pisałam niedawno), albo miały związek z typowo mieszczańskim, anglosaskim życiem codziennym. Zdecydowanie bardziej bujną wyobraźnię zdawały się mieć plemiona aborygeńskie zamieszkujące te tereny: w lokalnym narzeczu Pigeon Mountain House nosi nazwę Didthul, co oznacza „kobiecą pierś”. Jak widać, język jest odbiciem naszego umysłu i nie każdy widzi to samo. Sami zdecydujcie co bardziej przypomina wam ten kształt.

Wracając z jednej z naszych wycieczek na południe, dość spontanicznie postanowiliśmy odbić w kierunku Morton National Park i spróbować wspinaczki na Pigeon House Mountain, choć było już po południu i ryzykowaliśmy, że nie zdążymy zejść ze szczytu przed zachodem słońca (czyli jak zwykle w naszym przypadku). Pogoda dopisywała, znaleźliśmy drogowskaz i po pylistej drodze, której pokonanie zajęło nam dużo dłużej niż wskazywałaby na to odległość, w końcu dotarliśmy na start szlaku. Na parkingu było kilka samochodów, jakaś tablica informacyjna i, standardowo już, kompostowa toaleta. Zasięg komórkowy stracicie wprawdzie zaraz po zjeździe z głównej trasy w tym kierunku, niemniej jednak zarówno droga do parkingu jak i sam szlak są bardzo dobrze oznakowane, nie ma więc obawy, że się zgubicie.

Zaczęliśmy się wspinać około 14:00, a był czerwiec, czyli najkrótsze dni w roku. Około 17:00 jest już wtedy ciemno. Podejście było strome, ale krótkie, szliśmy dość sprawnie, pod szczytem znaleźliśmy się w niewiele ponad godzinę. Już po drodze zaczęły się rozpościerać przed nami niesamowite widoki. I tutaj mała dygresja. Zdaję sobie sprawę, że praktycznie w każdym odcinku tego cyklu mówię o „niesamowitych widokach”. Jest to pewne ograniczenie mojego języka. Prawda jest taka, że choć uwielbiam pisać to czasem brakuje mi superlatywów na opis przyrody, tak, aby nie był on ani kiczowaty, ani nudny. Brzmi to naprawdę banalnie – „niesamowity widok”, ale uwierzcie mi – tak było. Trudno opisać przestrzeń, tak samo jak trudno opisać czas (o ile jest to w ogóle możliwe). Dość powiedzieć, że patrząc na południe spod szczytu Didthul nie widać nic oprócz pagórków i lasu, tysięcy, milionów eukaliptusowych koron, z tą ich charakterystyczną błękitna poświatą. Oprócz tego nie ma nic. Żadnego domu, żadnego samochodu, żadnych linii elektrycznych.

Niedługo potem podeszliśmy pod szczyt. I tutaj dopiero zaczęła się „zabawa”. Mianowicie, daszek gołębnika, czy też sutek kobiecej piersi, w zależności od tego wg czyjej interpretacji chcemy sobie wyobrazić sam czubek góry, jest tak naprawdę wysoką, litą skałą, o bardzo stromej pionowej skale. Aby na nią wejść, trzeba wspiąć się po specjalnie w tym celu zamontowanych metalowych drabinkach. Jeśli macie lęk wysokości lub jeśli łatwo zaczyna wam się kręcić w głowie w podobnych okolicznościach, to możecie mieć problem z wejściem na sam szczyt. Ja na przykład mam problem z balustradami ze szkła na wysokich budynkach i balkonami widokowymi wykonanymi z metalowej kraty – wiecie, takimi zawieszonymi nad przepaścią, jakie czasami można zastać w wysokich górach. Tu nie było aż tak źle, ale wchodząc po tych metalowych stopniach lepiej nie spoglądać w dół, a na samym szczycie nie podchodźcie zbyt blisko krawędzi – nie ma tam żadnych zabezpieczeń.

Na szczycie Didhul (znów) byliśmy sami – tak było na Górze Kościuszki, tak było na Mt Warning. Tak, rozpoczynanie wspinaczki na 3 godziny przed zachodem słońca to trochę życie na krawędzi (dosłownie), ale też nigdy nie ryzykujemy ponad nasze umiejętności – latarki są, szlak jest dobrze oznakowany, czujemy się dobrze, droga do samochodu niedaleka. Późna godzina odwdzięczyła się nam natomiast kompletnym brakiem tłumów (słyszeliśmy, że o poranku parking przy szlaku, który może pomieścić 40 samochodów bywa przepełniony) i jednym z najpiękniejszych, panoramicznych zachodów słońca jakie miałam szczęście oglądać w górach. Schodziliśmy o zmroku, ale pokonaliśmy ten dystans bardzo szybko i obeszło się bez jakichkolwiek problemów.

Na koniec  chciałabym polecić wam kilka miejsc w Milton, przez które będziecie przejeżdżać po drodze jeśli zdecydujecie się na wycieczkę do Morton National Park. Milton to jedno z moich ulubionych miasteczek na Południowym Wybrzeżu. Choć na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie, ma bogatą historię, kilka zabytkowych budynków, charaketerystycznych dla tzw. „australian countryside” i naprawdę dużo uroku.

Przepis na wieczór idealny w bardzo wyluzowanym, australijskim stylu to wizyta w lokalnym pubie (Start Hotel Milton), gdzie przy kominku w zimowe weekendy można trafić na występy z muzyką na żywo. Najfajniejsze jest to, że właściciele pozwalają zamówić pizzę w knajpce obok (Milton Woodfire Pizza) i przynieść ją ze sobą do pubu. To jedna z najlepszych pizz jakie kiedykolwiek jadłam!

Naprzeciwko jest kilka kawiarni. Między innymi rewelacyjna, wegetariańska Pilgrims – jest to lokalna sieć kawiarni z kilkoma oddziałami w Sydney i Jarvis Bay. O tym ikonicznym miejscu pisałam już kilka razy – na moim instagramie nadawałam z lokalnego Pilgrims Cronulla, wspominałam o nich także podczas wywiadu poświęconego ekologicznym rozwiązaniom w Australii, którego udzieliłam Blance, założycielce bloga o zrównoważonym rozwoju Slow Fix. Mają przepyszne jedzenie, świeże składniki i rewelacyjną kawę. Personel jest zazwyczaj w stałym składzie, pracownicy kawiarni witają cię po imieniu i uśmiechają się szeroko. Poza tym panuje tutaj tak totalnie wyluzowana, przyjazna atmosfera, że nie można ich nie lubić. Gdybyście zapytali mnie czym jest kwintesencja australijskiego lifestyle’u, odpowiedziałabym: wejdźcie do Pilgrims Cafe i sami się przekonajcie 😊

W Milton jest także przepiękna rzemieślnicza piekarnia w zabytkowym budynku, z typowymi dla australijskiej architektury przełomu wieku ażurowymi balkonami, oraz kilka naprawdę dobrych restauracji, które szczycą się tym, że używają tylko i wyłącznie lokalnych, sezonowych produktów.

Ale żeby nie było, że ja tylko jak zwykle o jedzeniu, chciałam wam polecić jeszcze jedną miltonowską perełkę, mianowicie fantastyczny sklep z meblami vintage – Vampt Vintage Design. Schowany w podwórku za jedną z kawiarni przy głównej drodze, ma niepowtarzalny klimat i naprawdę przepiękne meble. Co ciekawe, niedawno odkryłam, że drugi ich sklep znajduje się… obok mojego biura, przy Elizabeth Street w Surry Hills! Co jeszcze ciekawsze, gdy urządziłam sobie tam pogadankę z właścicielem, bardzo ciekawy człowiek, który ewidentnie miał świetny pomysł na biznes, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, że te dwa sklepy to w zasadzie jedno. Tak czy siak – polecam, zarówno w Sydney, gdzie sklep ma 2 piętra i znajduje się w dawnym poindustrialnym lofcie, jak i w Milton, gdzie jest tak ciasno, że trudno przecisnąć się między stołami i krzesłami z lat 70’. Jedyne z czym mam trochę problem (Polish in me!) to to, że meble, jak się można domyślić, mają dość wygórowane ceny, a wiele z nich wygląda dokładnie tak jak meblościanka babci, na którą nie mogliśmy patrzeć bez pewnego uczucia estetycznego dyskomfortu dorastając.

No… to się mi zrobiła konkretna dygresja, od Jamesa Cooka i kobiecych piersi do mebli vintage 😉

Aby reportaż ten zamknąć elegancką klamrą kompozycyjną, wróćmy do miejsca, w którym zaczęliśmy 😊

Przydatne informacje

  • Morton National Park mocno ucierpiał podczas pożarów buszu na przełomie 2019/2020 roku i niestety w momencie publikacji tego wpisu szlak na Pigeon Mountain House pozostaje zmaknięty. Zanim wybierzecie się na wycieczkę, sprawdźcie aktualności i ostrzeżenia tutaj.
  • Droga przez Morton National Park w kierunku Pigeon House Mountain jest szutrowa i po ulewnych deszczachprzejechanie jej może stanowić problem dla samochodów z niskim podwoziem lub bez napędu na cztery koła. Część szlaku może być także podtopiona i błotnista.
  • Osoby z lękiem wysokości mogą mieć problem z ostatnim odcinkiem wspinaczki: do pokonania jest seria metalowych stopni i drabinek.

Więcej szczegółów o tym szlaku znajdzie pod poniższymi linkami:
Australian Hiker
Australian Geographic

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.