Blog posts

Najsłynniejsze fajerwerki świata

Najsłynniejsze fajerwerki świata

Strona główna

Pamiętam jak wiele lat temu, w czasach, kiedy Sylwestra spędzało się jeszcze w domu rodziców tańcząc przed telewizorem i pijąc bezalkoholowego szampana, w wiadomościach mieli zwyczaj pokazywać jak świętuje się Nowy Rok w innych miejscach na świecie, szczególnie tam, gdzie zaczyna się on wcześniej. Do tej pory pamiętam egzotyczne wzmianki o Samoa i Tonga, zaraz potem w telewizji pokazywali słynne sztuczne ognie nad budynkiem Opery w Sydney. Wtedy oczywiście nawet nie śniło mi się, że któregoś dnia będę je oglądać na własne oczy. A jednak, 31 stycznia 2015 roku przez 10 minut brałam udział w tym niezapomnianym spektaklu światła i dźwięku. To była eksplozja kolorów, prawdziwa uczta dla oka.

To mój drugi Sylwester spędzony w Australii. Pierwszego obchodziłam w 2010 roku, podczas mojej pierwszej podróży do tego kraju, jednak w zupełnie innym miejscu i okolicznościach. Ja i Drifter byliśmy wtedy w dwumiesięcznej podróży campervanem i Nowy Rok przywitaliśmy na malutkiej Philip’s Island, na południe od Melbourne. Trwał tam akurat Pyramid Rock Festival, na scenie główną gwiazdą byli chłopcy z N.E.R.D i bawiliśmy się świetnie, ale taka impreza mogłaby się równie dobrze odbyć w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. To co dzieje się w Sydney jest za to jedyne w swoim rodzaju. W tym roku do miasta ściągnęło blisko milion osób, a koszt sztucznych ogni wyniósł 7 mln $.

Drifter, choć urodził się w Sydney i spędził w nim większość swojego życia nigdy wcześniej nie wybrał się na pokaz. Podobnie zresztą jak większość lokalesów, z którymi rozmawiałam. Działa to chyba trochę tak jak z krakowskimi dorożkami – za drogo, zbyt tłoczno no i ogólnie wstyd, bo tylko turyści nimi jeżdżą. Wielu Sydnesidersów mówiło mi, że nie warto w tym uczestniczyć. I muszę przyznać, że zostałam skutecznie zniechęcona. Gdyby nie to, że Drifter się uparł i długo mnie namawiał, to nigdzie bym nie poszła, a Sylwestra chętnie spędziłabym u nas w domu, w Cronulli. Z pomocą przyszli mu jeszcze niedawno poznani polscy znajomi – Dorota i Łukasz, którzy od 14 miesięcy byli w podróży dookoła świata (o ich przygodach możecie poczytać tutaj), a u nas spędzili Wigilię. Byli chętni i zdeterminowani, żeby zobaczyć słynne fajerwerki. Stwierdziłam wtedy, że jak Dorota wytrzyma, to ja też 🙂

Pokaz sztucznych ogni organizowany jest w Sydney Harbour, głównej zatoce, skąd odpływają wielkie statki rejsowe i miejskie promy. To tutaj, w dzielnicy zwanej Circular Quey znajdują się dwie największe ikony miasta – Sydney Opera House i Harbour Bridge, a pokaz odbywa się pomiędzy nimi. I chociaż wszystko trwa zaledwie 10 minut, to do trzeba się do niego dobrze przygotować i wystarczająco wcześnie zająć miejsce z dobrym widokiem. Jak wcześnie? No właśnie, to zależy skąd chcemy podziwiać sztuczne ognie. W internecie czytaliśmy nawet o przypadkach rozbicia obozowiska już 60 godzin przed pokazem. To też był skuteczny odstraszacz, ale pomimo wszystko stwierdziliśmy, że zaryzykujemy pojechać dopiero w dniu pokazu i spróbujemy coś jednak zobaczyć. Zdecydowaliśmy się spotkać w mieście o 9:00.

DSC07882

W Sydney (oczywiście oprócz restauracji, barów i statków, gdzie bilet wstępu na imprezę sylwestrową waha się od 220 do ponad 1000$) jest około 50 wyznaczonych punktów, rozsianych po całym mieście, skąd można oglądać sztuczne ognie i gdzie przygotowano do tego odpowiednią infrastrukturę. Są to wyznaczone bramkami obszary, do których wstęp jest najczęściej bezpłatny, lub jest to opłata minimalna (30-40$). Bramki otwierane są o różnych godzinach dnia, w zależności od miejsca, które wybierzemy. Warto się tego dobrze przygotować z pomocą oficjalnej strony miasta poświęconej imprezie noworocznej, Osobiście polecam nawet zrobić mały rekonesans dzień wcześniej, tak jak to zrobili Dorota z Łukaszem i przejść się do wybranego miejsca, żeby zobaczyć jaki widok naprawdę zastaniecie. Warto też sprawdzić, czy w wybranym przez was miejscu nie obowiązują przypadkiem tzw. „bezpłatne wejściówki”, co zdarzyło się w tym roku i niemile nas zaskoczyło. W centralnych punktach miasta kilka dni przed Sylwestrem można natknąć się na info-budki, gdzie prawdopodobnie usłyszycie, że najlepszą darmową miejscówką jest Mrs Maquaries Point. Posłuchaliśmy i na pierwszy ogień poszła bramka przy National Art Gallery, to był jednak duży błąd. Okazało się, że ludzie biwakowali tam już poprzedniej nocy, tak więc o 9:00 rano kolejka była długa na jakieś 2000 osób. Teoretycznie Mrs Maquaries Point może pomieścić, bagatelka, 17 000 osób, ale pomimo przyjemnej aury (zielone trawniki, cień drzew, ogrody botaniczne) widok jest taki sobie, ponieważ większość terenu jest zadrzewiona i tylko nieliczni (czytaj, ci którzy spali pod bramkami już poprzedniej nocy) załapią się na miejscówkę z dobrym widokiem. Plusem tego miejsca jest natomiast to, że widać zarówno Operę jak i most w jednej, prostej linii. Zdecydowaliśmy się udać w stronę stacji pociągów na Circular Quey, tuż obok Opery. Było tam zdecydowanie mniej ludzi, wciąż sporo miejsca i świetny widok. Odstaliśmy może 15 minut w kolejce przeszliśmy dwie kontrole bagażu i udało nam się znaleźć jakiś wolny kawałek chodnika, gdzie rozłożyliśmy nasz piknikowy koc i jakoś pomieściliśmy się we czwórkę. Miejscówka pod Operą ma kilka zdecydowanych plusów: transport publiczny wszelkiego rodzaju jest w zasięgu ręki (główne miejsce przesiadkowe w Sydney), wg naszej subiektywnej opinii oferuje najlepszy możliwy widok, w samym epicentrum wydarzeń, a na miejscu jest dostęp do darmowej wody pitnej. Z naszej obserwacji wynika, że do około godziny 11:00 – 12:00 wciąż dało się znaleźć w miarę dogodne miejsce. Około 17:00 zostały zamknięte bramki.

Shineon

Najgorsza w tym całym czekaniu jest oczywiście nuda. Wyobraźcie sobie siedzenie w jednym miejscu przez 14 godzin, w prażącym słońcu, jeśli dopisze pogoda, a tak było tego roku. To gorsze niż czekanie na lotnisku. Nie ma czystych łazienek, sklepów klimatyzacji. Na początku byłam tą wizją szczerze przerażona, zapomniałam parasola i wiedziałam, że zwyczajnie nie wytrzymam tylu godzin w tym upale. Ale potem jakoś godziny zaczęły szybko płynąć, szczególnie w miłym towarzystwie – mam wrażenie, że Dorotę i Łukasza znam od dawna, tyle godzin ze sobą przegadaliśmy 🙂 Uprzejmi ludzie dookoła dzielą się z tobą tym, co mają. Jedna młoda para chciała nam pożyczyć parasol, ktoś częstował jedzeniem. Kilka godzin przesiedziałam w cieniu, w pobliżu toalet, pod schodami Opery. Wyglądało to okropnie, ale wszyscy siedzieli, ba, leżeli, więc stwierdziłam, że lepsze takie coś niż udar mózgu. Przyda się książka, przydadzą się karty. O 12:00 otwiera się bar, w którym można kupić napoje, kawę, piwo i wino (ale te ceny! 8-9 $ za małą puszkę piwa), na miejscu są też budki z jedzeniem (zdecydowanie polecam przynieść swoje). O 18:00 zaczynają się pokazy lotnicze, wokół portu zaczynają krążyć specjalnie na tę okazję podświetlone łódki, a po zmroku, gdy wreszcie spada temperatura, wszyscy się powoli ożywiają, jest muzyka na żywo i zaczyna się spontaniczna impreza (równocześnie schodzą się też grube ryby, czyli ludzie, który mają bilety na zamkniętą imprezę w budynku Opery, nadziani bogacze w sukniach balowych i frakach, widok dość komiczny, który przypomina niezawodnie o tym w jakim świecie żyjemy). O 21:00 jest pierwszy, krótki pokaz sztucznych ogni, głównie dla rodzin z dziećmi, a o północy zaczyna się prawdziwa magia. Wielki finał rozświetlił całe niebo, nagle stało się tak jasno, że mieliśmy wrażenie, że znów jest dzień i wyszło słońce. Najbardziej zapadł mi w pamięć widok świetlnego wodospadu z Harbour Brigde. Muszę przyznać, że wszystkie niedogodności były warte tych niezapomnianych 10 minut. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś to powtórzę, ale Nowy Rok pod Operą w Sydney to niewątpliwie jedno z tych doświadczeń, które trzeba raz w życiu przeżyć, jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja.

 


Informacje praktyczne:

Gdzie? East Circular Quey, Barangaroo Reserve, Blues Point Reserve

Co spakować? butelki z wodą, parasol, koc/ręcznik/materac dmuchany/mały namiot, jedzenie, krem do opalania z najwyższym możliwym filtrem, dobra książka 🙂

Transport publiczny: autobusy, pociągi i promy kursują wg wydłużonego harmonogramu, szczegóły tutaj. Decydując się na oglądanie sztucznych ogni z miejsca, gdzie da się dojechać tylko promem trzeba koniecznie wziąć po uwagę możliwość powrotu do centrum. Promy będą przepełnione, można przegapić ostatni rejs albo utknąć w niewygodnym punkcie miasta. Wtedy jedyną alternatywą pozostaje bardzo droga taksówka. A może powinnam powiedzieć ultramodny w Sydney Uber.

Restrykcje: We wszystkich udostępnionych przez miasto oficjalnych miejscówkach trzeba przejść kontrolę bagażu. Nie wolno wnosić alkoholu (tak, wąchają nawet zawartość plastikowych butelek, dokładnie tak jak w Polsce ;)) ani szkła. Kontrola jest bardzo restrykcyjna. Wolno natomiast wnosić wszystkie inne napoje bezalkoholowe i własne jedzenie, nawet kupione w barze na wynos.

Toalety: świetnie zorganizowane. Było ich tak dużo, że ani razu nie było kolejki, personel dbał o to, aby było czysto, zawsze był papier toaletowy, mydło i woda.

DSC08020

DSC07961

1 Comment

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *