Blog posts

Land Down Under

Land Down Under

Australia, Co to za kraj?, Roadtrip, Strona główna

Pomyślcie: Australia. Co przychodzi wam do głowy? Moja wiedza o tym kraju była naprawdę znikoma. W zasadzie ograniczała się do klasycznych, stereotypowych wyobrażeń, typu: kangury, koala, eukaliptus, surfing. Oprócz tego, wiedziałam jeszcze to, o czym przez długie miesiące opowiadał mi Drifter, od momentu gdy się poznaliśmy. Owszem, byłam ciekawa tego odległego państwa-wyspy, ale z drugiej strony muszę przyznać, że Australia jako taka nie pociągała wcześniej mnie w jakiś szczególny sposób. Kultura Aborygenów nie wydawała mi się interesująca, australijskie miasta kojarzyły mi się głównie ze szklanymi drapaczami chmur, totalnym brakiem zabytków, historii i kultury. Jednym słowem: gdybym kilka lat temu miałam wybrać top 10 miejsc na Ziemi, które naprawdę chciałabym odwiedzić, Australia raczej nie znalazłaby się na mojej liście.

W Polsce czasem mówią na nią Antypody. Australijczycy lubią mówić o niej Down Under lub OZ. Pierwszym odkrywcom Piątego Kontynentu wydało się, że odkryli mityczną Terra Australis Incognita, nieznany południowy ląd. Nazwa Australia się przyjęła i do dziś ma się bardzo dobrze. Frapującą nazwę Antypodów zawdzięczamy starożytnym Grekom. Antipodes, „naprzeciw stopy”. Zastanawiano się też, czy na południowej półkuli chodzi się na przykład do góry nogami. Nazwa Down Under jest powszechnie używana i lubiana przez samych Australijczyków.

dystans
Stuart’s Highway. Jedyna wiodąca przez sam środek Australii droga i nie, wcale nie żadna autostrada tylko zwyczajna, ciasna jednopasmówka. Zdjęcie zrobiłam jak zostawialiśmy za sobą powoli cywilizację i wjeżdżaliśmy w Outback, gdzieś za Port Augusta. Jak widać najbliższa „miejscowość”, czyli stacja benzynowa + sklep + pub (tak, pub przede wszystkim) znajduje się ponad 100 km dalej… a po drodze do Alice Springs przejedziemy przez cztery miejsca zamieszkałe przez ludzi. Dokładnie CZTERY (choć wtedy jeszcze wydawało mi się, że ta tablica to na pewno taki „skrót myślowy”).

W tym miejscu uważam za nieodzowne przypomnieć kultowy już kawałek grany przez australijską grupę Men at work w latach osiemdziesiątych. Zachwyciła mnie też wersja zagrana przez nich na żywo na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Sydney. To piosenka, która łączy pokolenia Australijczyków. Osobiście uważam, że zarówno teledysk jak i jej dość absurdalny tekst doskonale oddają pewne cechy charakteru tego narodu. Mam tu na myśli głównie cudowny dystans do samych siebie okraszony szczodrze sarkazmem i niejaką filozofię życiową, którą większość z Australijczyków faktycznie wyznaje, streszczającą się w jakże pięknym w swojej prostocie sformułowaniu no worries. Ale także dumę narodową. Australijczycy naprawdę kochają swój kraj i dają temu wyraz na każdym kroku. Większość produktów spożywczych sprzedawanych w supermarketach to produkty wytwarzane lokalnie, proudly made in Australia. Tak, oni naprawdę piszą na etykietach słowo proudly. Flagi narodowe widać wszędzie. Dosłownie wszędzie, na japonkach i majtkach włącznie. Rzecz, która prawdopodobnie byłaby karana wyrokiem sądowym w Polsce za bezczeszczenie symboli narodowych.

Australijczycy, w przeciwieństwie do większości Europejczyków wykazują ogromny luz jeśli chodzi o te sprawy. Potrafią też śmiać się sami z siebie i wolni są od wielu uprzedzeń i stereotypów, które wciąż niestety pokutują na naszym kontynencie. Wynika to po części ze zwykłej, ludzkiej ignorancji – wielu Australijczyków zwyczajnie nie wie i nie interesuje się niczym, co dzieje się poza ich własnym krajem. Ale z drugiej strony, bierze się to z głęboko zakorzenionego poczucia równości, solidarności i wspólnotowości. I tego moglibyśmy się od nich uczyć. Australijczycy nie oceniają tak łatwo. Być może dlatego, że są tak daleko od wszelkich innych państw, że każdy gość „spoza” jest dla nich poniekąd atrakcyjny, szczególnie jeśli przybywa z Europy. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy miałam tam poczucie, że ktoś mógłby mi zazdrościć, że jestem z Polski, że fajnie byłoby mieć nasze obywatelstwo. No bo w końcu to Stara Europa. Do tej pory miałam dziwne wrażenie, że przedstawiając się Anglikowi bądź tez Francuzowi, patrzono na mnie trochę z góry. „Z Polski? Ahh… tak” – w domyśle „z tej Polski, gdzie kradną samochody, skąd przyjeżdżają do nas tani robotnicy, kraju fliziarzy, cwaniaków, hydraulików i alkoholików” (zdaję sobie sprawę, że trochę przesadzam, ale jednak…). Do tego pakietu niektórzy dorzucą kilka pozytywnych skojarzeń „ciężko pracują, znają języki, są wykształceni, mieli niełatwą historię, przeżyli II wojnę światową i komunizm” oraz garść nazwisk naszych sztandarowych postaci historycznych (Wałęsa, Chopin, Kopernik, Jan Paweł II), jest to jednak już wyższy intelektualny level. Ciężko zresztą kogoś winić za to, że nazwisko Chopin nie do końca z Polską się kojarzy. Ale jakieś skojarzenia zawsze jednak są. W Europie jest zwyczajnie za ciasno, od lat brakuje powietrza i przestrzeni dla tak wielu narodów i kultur, które przez setki lat jakoś musiały się wzajemnie znosić, ale wiadomo, nie zawsze było kolorowo. Poza tym, 2000 lat wspólnej historii też robi swoje i od pewnych skojarzeń uciec się po prostu nie da, nawet jeśli się ich po cichu, w głębi serca, wstydzimy. Natomiast w Australii tych skojarzeń nie ma. Ani negatywnych ani pozytywnych. Fajnie jest usłyszeć „that’s so cool”, jak się powie skąd się jest. W Australii Polska brzmi zdecydowanie egzotycznie.

Glendabo
Camping w Glendambo. Pierwszej ughm… „miejscowości” jaką napotkaliśmy w drodze do Uluru. Jak już wspomniałam, każde takie miejsce ma swój pub, a na tyłach każdego pubu jest camping. Jest gdzie zaparkować, jest dostęp do bieżącej wody i toaleta. Tłumów jaki widać nie było. Przypuszczam, że temperatura 52 C stopnie mogła mieć z tym jakiś związek…

Historia potrafi być przewrotna: uważam, że to niesamowite w jaki sposób Australijczycy przekuli karę jaką było zesłanie w te najodleglejsze na Kuli Ziemskiej tereny w ogromny sukces jakim jest bezpieczeństwo, bogactwa naturalne i gospodarczy dobrobyt, którym kraj szczyci się na każdym kroku. Ma prawie wszystko, stara się importować jak najmniej. Men at Work śpiewają o niej „Land of Plenty”. I coś w tym jest, bo Australia jest dziś praktycznie samowystarczalna z punktu widzenia ekonomicznego i po prostu dobrze się tu żyje.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *