Blog posts

Którędy na biegun?

Którędy na biegun?

Antarktyda, Podróże za ocean, Strona główna

Pierwsze skojarzenie jest takie: mieszkam w Australii, tak więc najpierw na Tasmanię a stamtąd to już „rzut beretem”. Nic bardziej mylnego. Rejs od australijskiej strony, z Hobart przez Wyspę Macquarie, zajmuje co najmniej tydzień. Najbardziej wysuniętym na północ kawałkiem Antarktydy jest tzw. Półwysep Antarktyczny (Antarctic Peninsula) od strony Ameryki Południowej, jedna z niewielu części kontynentu, która wychodzi poza koło podbiegunowe.To tutaj właśnie kieruje się znakomita większość statków pasażerskich, reszta Antarktydy – jeśli w ogóle odwiedzana – to najwyżej stacje badawcze o międzynarodowym składzie.

Random fact: pod względem geologicznym Półwysep Antarktyczny jest uznawany za kontynuację łańcucha górskiego Andów (Chile i Argentyna przy okazji posługują się tym argumentem dla swoich roszczeń terytorialnych). Na chwilę obecną, terytorium Antarktydy nie należy do żadnego z państw i postanowienia te są chronione odpowiednim traktatem. Niemniej jednak, w związku z tym, że pod skorupą lodu znajdują ogromne złoża surowców naturalnych, panuje mocne przekonanie, że w bliżej nieokreślonej przyszłości nastąpi walka o ziemię i surowce. Czas pokaże…

Tak więc trzeba najpierw dostać się do Ziemi Ognistej (kocham tę nazwę!) na sam koniec świata, Fin del Mundo, jak mówią o tej części Patagonii Chilijczycy i Argentyńczycy.

Najlepiej przez Santiago de Chile albo Buenos Aires. Następnie lokalnymi liniami lotniczymi dalej na południe, do Ushuaia. Ciekawe to miejsce, jedno z tych wyjątkowych miejsc, gdzie ludzie wszystkich możliwych narodowości łączy jakiś wspólny cel lub hobby – w tym przypadku żeglowanie, lodowce, Antarktyda… Jeśli ktoś nie interesuje się szczególnie tymi tematami, to prawdopodobnie nigdy o Ushuaia nie słyszał (choć jej nazwa pojawia się w tytule utworu Gustavo Santaolalla z „Dzienników Motocyklowych” i chyba w ten sposób pierwszy raz obiła mi się o uszy). Z jednej strony to taka niby zapomniana mieścina gdzieś na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc. Z drugiej strony całkiem spore miasto z masą hoteli, pensjonatów, pubów i restauracji. No i sklepów outdoorowych o cenach przeznaczonych dla bardzo zasobnych portfeli… North Face, Arcteryx, Patagonia… ciekawe połączenie. Kogo tu ciągnie najbardziej? Oprócz jednodniowych odwiedzających, którzy grzecznie czekają na swój rejs, jest to wybuchowa mieszanka żeglarzy, szukających przygód outdorowych frików i backpackerów polujących na okazję last minute, gotowych wskoczyć na pierwszy dostępny statek płynący na Półwysep (o czym pisałam już wcześniej).

Praktycznie wszystkie rejsy na Antarktydę odpływają z argentyńskiej Ushuaia, chociaż zdarza się też czasem, że statek dobije do chilijskiego portu po przeciwnej stronie Beagle Channel, Puerto Williams. Jest to malowniczo położone „miasteczko”, choć to za dużo powiedziane, o jeszcze ciekawszej przeszłości: większość mieszkańców to personel chilijskiej marynarki wojennej. Puerto Wiliams to egzotyczna prowincja, brzydkie i smętne miasteczko z najpiękniejszymi za to widokami Patagonii (szczególnie wieczorem, gdy zachodzące słońce oświetla stoki gór po argentyńskiej stronie) i niezliczoną ilością wręcz dziewiczych szlaków górskich, bo naprawdę mało kto tu dociera, położone na prawie niezamieszkałej wyspie, jednej z tysiąca wysp Ziemi Ognistej i chilijskich fjordów. Z Puerto Williams odchodzą dwie szutrowe drogi – jedna na wschód, a druga na zachód, do pobliskich portów i to by było na tyle. Ze względu jednak na swoje strategiczne położenie, ta część Patagonii obfituje zarówno w turystów, jak i żołnierzy, pomimo szalonych odległości.

Beagle Channel, naturalna granica między Chile a Argentyną w drodze na biegun południowy
Puerto de Ushuaia o poranku w mroźny, choć letni dzień – 18 grudnia 2018.

Obojętne skąd wyruszy statek, czy to z Argentyny czy też z Chile, jedno jest pewne: w drodze na Antarktydę nie da się ominąć Cieśniny Drake’a, z którą trzeba się zmierzyć przez około 2 doby. Owiana złowieszczą sławą cieśnina to najbardziej zdradliwe wody na świecie. Łączą się tutaj trzy oceany (Spokojny, Atlantycki i Południowy), specyficzna kombinacja prądów morskich sprawia, że na porządku dziennym są silne sztormy i wysokie fale. Im mniejszy statek, tym bardziej kołysze, nasza rosyjska łajba mieści około 80 osób na pokładzie (w tym załoga), dlatego na pokładzie statku było jak w wirówce, a linia horyzontu czasem pochylona była za oknem o 45 stopni.

Jak już wcześniej pisałam, z Ziemi Ognistej dopływa się na czubek Antarktydy w około 48 godzin, czasem dłużej – w zależności od warunków podogowych. Średnia prędkość to około 12-14 węzłów (mało który statek jest w stanie dopłynąć tam szybciej). Wszyscy pasażerowie zostali uprzednio poinformowani o możliwości wystąpienia objawów choroby morskiej oraz o tym jakie środki prewencyjne można zastosować, żeby złagodzić jej skutki. Zazwyczaj klasyczne leki na chorobę lokomocyjną – typu aviomarin – okazują się zbyt słabe. Ciężko też zgadnąć jak zaragujemy, bo przeprawę przez Cieśninę Drake’a naprawdę ciężko jest z czymkolwiek porównać. Niektórzy znajomi pytali mnie, czy było gorzej niż podczas mocnych turbulencji w samolocie: niestety decydowanie gorzej. Poza tym turbulencje to inne uczucie: zasysają jakby do góry i w dół, podczas gdy statek kołysze na boki.

Wypłynęliśmy wieczorem 18 grudnia, wieczorem. Niektórym udało się jakoś przespać tę pierwszą noc, ja zgodnie z zaleceniami naszego pokładowego lekarza zaczęłam brać silny środek aby zapobiec chorobie morskiej już noc przed wypłynięciem. Oczywiście zero alkoholu i ciężkostrawnych potraw, tabletki, które zażyłam są na tyle mocne, że dosłownie zwalają z nóg, bo działają nasennie, tak więc spokojna noc murowana. Gdy obudziliśmy się rano przywitał nas „uroczy” widok – wzdłuż wszystkich korytarzy, za metalowymi poręczami – papierowe torebki, tzw. „vomit bags”. Poręcze są wszędzie – nie tylko na schodach, ale i w toaletach, w jadalni, w pokojach. Wszystkie meble są na stałe przytwierdzone do podłogi – w sali jadalnej obrotowe krzesła na ciężkich, stalowych nogach. Stoły i biurka wysłane antypoślizgową gumową matą. Kilka razy talerze prawie spadły ze stołu (jeśli ktoś w ogóle odważył się wyjść ze swojej kajuty na posiłek), a stewardessy dały popis prawdziwego balancing act, nie upuszczając ani razu najmniejszego kawałeczka jedzenia. Przyznaję, czułam się fatalnie – pomimo leków. Prawdopodobnie dlatego, że przez pierwszą dobę wzięłam tylko pół dawki, bo nie byłąm pewna jak zareaguję. Zwymiotowałam kilka razy i w końcu zgodnie z zaleceniami mojego własnego szefa spędziłam najbliższe 2 dni głównie w łóżku oddając się nazywanemu z przekąsem beauty sleep, jedząc krakersy, pijąc dużo wody, generalnie próbując nie umrzeć z mdłości. Zastanawiałam się też wtedy jak bardzo trudna jest praca w takich warunkach: nasi zahartowani przewodnicy (niektórzy byli na Antarktydzie ponad 150 razy!) wciąż musieli być przytomni: robili ciekawe wykłady o przyrodzie i historii polarnych ekspedycji, pani doktor spacerowała po czterech pokładach administrując leki i zmuszając pasażerów do pica wody, a Steve, nasz Expedition Leader trzymał cały czas rękę na pulsie obserwując dzikie fale z kapitańskiego mostku (fajna sprawa, bo mamy taką politykę, że mostek jest otwarty dla wszystkich i można oglądać zaprawionych w polarnych bojach rosyjskich marynarzy przy pracy).

Po dwóch długich dobach i coraz krótszych nocach przeżyliśmy w końcu „the shake of the Drake” a na horyzoncie zaczęła majaczyć jak statek widmo nasza pierwsza góra lodowa! To był niesamowity widok, na otwartym oceanie brak jest bowiem jakiegokolwiek punktu odniesienia i przestrzeń ma zaburzone proporcje. Bryła lodu wydawała się na początku maleńka, ale w miarę jak się do niej zbliżaliśmy zobaczyliśmy nagle jej przytłaczający rozmiar. Lodowy kolos, cichy i błękitny. Przerażająco piękny w swoim majestacie.

***

W następnym odcinku opowiem jak to jest stanąć pierwszy raz oko w oko z pingwinem, o galerii osobliwości jaką jest labirynt gór lodowych na Szetlandach Południowych i o tym jak wygląda typowy dzień na statku.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *