Blog posts

Droga bez końca, czyli roadtrip idealny.

Droga bez końca, czyli roadtrip idealny.

Australia, Roadtrippin', Strona główna

Najwyższa pora aby na tym blogu było więcej o podróżowaniu.

Kiedy łapię się na tym, że mój tydzień w pracy wygląda czasem jak dzień świstaka i zaczynam poddawać w wątpliwość sens takiego życia, to lubię powspominać sobie ulubione momenty spędzone w drodze. Dzięki temu czuję się trochę tak jakbym przeżywała tę podróż na nowo i wtedy już żadne świstaki nie są mi straszne. Dziś więc będzie o podróży samochodem. Na początek opowiem wam jak to się wszystko zaczęło, a kolejne wpisy przyniosą historie o miejscach, ludziach i wspomnieniach.

Do opisania swojego pierwszego roadtripu po Australii zbierałam się od kilku dobrych lat i jakoś nigdy nie udało mi się zrobić tego chronologicznie, od A do Z. Dlatego postanowiłam, że będę pisać o różnych jej etapach, jak i innych wycieczkach samochodowych, które udało mi się odbyć po Australii, a takich było do tej pory trzy.

W swój pierwszy w życiu prawdziwy roadtrip wyjechałam w grudniu 2010. Spędziliśmy wtedy z moim Australijczykiem dwa miesiące w podróży jeżdżąc starym campervanem po australijskich pustkowiach (Toyota Hi Ace ’86, doskonały rocznik, wiadomo 😉), pokonując prawie 9,000 km z Sydney na południe, przez Melbourne, Great Ocean Road, Adelaide, aż do Uluru i Alice Springs. Po drodze spędziliśmy też sporo czasu na Kangaroo Island, Wilsons Promontory i Philip’s Island. Z Alice Springs mieliśmy podążać jeszcze trochę na północ, aż do Tennant Creek, aby potem odbić z powrotem na wschód (tym samym, zataczając pełną petlę), aż do Townsville. Z Townsville w stanie Queensland chcieliśmy wrócić do Sydney wzdłuż malowniczego wschodniego wybrzeża, gdzie znajdują się prawdopodobnie najbardziej ikoniczne miejsca związane z Australią, chociażby takie jak Wielka Rafa Koralowa.  Los chciał inaczej. W Alice Springs zastał na cyklon i musieliśmy zawrócić. „Another time”, powiedział wtedy mój towarzysz podróży, a ja tylko uśmiechnęłam się do siebie w środku.

Jakkolwiek trudno może w to uwierzyć, z Alice Springs na wschodnie wybrzeże prowadzi tylko jedna droga. Jazda w tamtym kierunku byłaby jazdą w samo oko cyklonu, dlatego musieliśmy zawrócić i znów zmierzyć się z australijskim Outbackiem. Tym razem jednak czekały nas zupełnie inne widoki, choć droga ta sama. Pustynia zazieleniła się i niespodziewanie pokryła kwiatami. Słone pustynne niecki wypełniły się wodą zamieniając się w jeziora. Krajobraz zmienił się nie do poznania. Ludzie napotykani po drodze mówili nam, że nie pamiętali kiedy ostatnio tak wyglądała tamtejsze tereny.

Red Center, Outback, „the Guts”… Sam środek Australii, gdzie piasek pustyni jest cegalno-czerwony, a jeziora to słone patelnie. To tzw. legendarne Never Never, kraina skąd wielu nie wraca. W styczniu 2011 pustynia zakwitła. Zdjęcie nie było poddane żadnej obróbce.

Tamta podróż była to bez wątpienia przygodą życia, która sprawiła, że dziś jestem, gdzie jestem i zmieniła moje poglądy na podróżowanie w ogóle. W Australii zakochałam się wtedy bez pamięci i wiedziałam, że jeszcze tu wrócę.

Mijały lata, nosiło nas po świecie. W końcu w kwietniu 2015 wróciliśmy do Australii (w międzyczasie wydarzyła się Kanada i kolejna dwumiesięczna podróż, od Gór Skalistych do Kalifornii, w bardziej ekstremalnych warunkach). Ja jeszcze na chwilę, mój luby już na stałe. Wciąż czekałam wtedy na swoją wizę, ale wybrałam się tu w odwiedziny, ostatnie przed przeprowadzką. Korzystając z okazji wybraliśmy się samochodem w dwutygodniową podróż odkrywając tym razem wschodnie wybrzeże między Sydney a Fraser Island. Udało nam się wtedy w eskpresowym tempie odwiedzić niektóre z australijskich must-see, czyli Byron Bay, hipisowską stolicę Australii i mekkę surferów, trochę kiczowate Gold Coast, które jest jakby tutejszym odpowiednikiem Las Vegas, ale ma też dzielnicę o dźwięcznej nazwie Surfers Paradise, turystyczne, ale bardzo piękne nadmorskie miasteczko Noosa i wiele innych urokliwych, nadmorskich miejsc. Wschodnie wybrzeże na północ od Sydney jest jednak mocno zatłoczone, bo to trasa, którą „robią” wszyscy backpackersi.

Plaże w Australii to bezwstydna rozpusta. Ciągnące się kilometrami puste wybrzeża, z miękkim piaskiem, bez śmieci i z krystalicznie czystą wodą. Tutaj słynne Byron Bay w stanie Nowa Południowa Walia.

Poza tym, była już jesień, robiło się ciemno około 17:00 i podróżowanie w takich warunkach było dużo trudniejsze, bo ze wszystkim trzeba było się spieszyć zanim zapadnie zmrok. Potem natomiast nadchodziła moja ulubiona pora dnia – wieczorne wyciszenie przy ognisku, z winem, z herbatą, z ciszą. Czasem z gitarą lub książką, ale zawsze z milionem gwiazd. Najczęściej po prostu siedzieliśmy tak godzinami gapiąc się w noc, która miała swój kolor, swój dźwięk i zapach. Dźwięk to brzęczące cykady i kukabary hałasujące jak tylko zajdzie słońce. Zapach to liście eukaliptusa i sól morska i ten powiew wiatru, który niesie ze sobą ocean.

To nie Australia, to Kalifornia i słynne zachodnie wybrzeże Big Sur. Klimat i styl podróżowania się jednak nie zmienił.

Samochód też mieliśmy już inny. Toyota Tarago (w innych krajach znana jako Previa), czyli 8-osobowy minivan, gdzie nauczeni kanadyjskim doświadczeniem, złożyliśmy wszystkie tylne siedzenia na płasko i zbudowaliśmy (no dobra, Brett zbudował) od strony bagażnika drewnianą półkę, na której mogliśmy spokojnie zmieścić dmuchany materac. Pod spodem mieściły się wszystkie potrzebne w podróży sprzęty. Nie mieliśmy jednak lodówki ani kuchenki gazowej w środku, tak jak to było elegancko urządzone w naszym dawnym campervanie. Trzeba było więc gotować na zewnątrz, co akurat w Australijskich warunkach jesienią czy zimą nie jest raczej jakimś wielkim problemem, natomiast w październiku w Kanadzie bywało wyzwaniem gdy temperatura osiągnęła -11°C, a oliwa z oliwek przeszła ze stany ciekłego w stan bardzo stały.

Tak wyglądał nasz przeciętny dzień podczas podróży po Australii… w dodatku znaleźliśmy darmowy camping!
… a tak wyglądał nasz przeciętny dzień podczas roadtripu po Kanadzie. Wybraliśmy wrzesień i październik, tak więc możecie przypuszczać jak wyglądała proporcja dni słonecznych do dni deszczowych. Dlatego po 6 tygodniach stwierdziliśmy, że dwa ostatnie spędzimy w… Californii, zamiast w lodowatym już wtedy Toronto.

Trzeci australijski roadtrip wydarzył się całkiem niedawno. W listopadzie zeszłego roku wraz z siostrą przejechałyśmy 3,000 km w tydzień. Był to roadtrip wprawdzie ekspresowy, ale niemniej epicki niż poprzednie, ponieważ udało nam się „zaliczyć” aż trzy australijskie stany i zjechać je „od Bałtyku po Tatry”. Trasę mianowicie zaczęłyśmy nad Pacyfikiem, jadąc wzdłuż wschodniego wybrzeża New South Wales, na południe od Sydney, które według mnie dużo bardziej zasługuje na uwagę niż trochę przereklamowane i zatłoczone okolice Byron Bay. W Melbourne zabawiłyśmy jedynie dwie godziny, żeby jak najszybciej dotrzeć do Torquey, kolejnej mekki surferów (tam powstają deski surfingowe marki Rip Curl) i rozpocząć jazdę słynną Great Ocean Road. Stamtąd jeszcze dalej, przez Great Otway National Park aż do jednej z najbardziej rozpoznawalnych ikon Australii, formacji skalnych o nazwie Twelve Apostles. Żeby urozmaicić sobie drogę powrotną, do Sydney wróciłyśmy przez Góry Śnieżne, gdzie moja Ola przeszła pomyślnie próbę bojową prowadząc po raz pierwszy w życiu minivana i to w dodatku po lewej stronie bardzo krętej górskiej drogi.

Pokonałyśmy wtedy spory kawałek tej samej trasy, od której wszystko się zaczęło, odwiedzając te same miejsca. Była to naprawdę sentymentalna podróż do początków mojego australijskiego romansu.


Teraz już wiecie gdzie byłam i o jakich miejscach chcę wam opowiedzieć. Powoli, spokojnie i nie koniecznie chronologicznie będę snuć tutaj swoją historię.

Siła sióstr i pierwszy babski roadtrip, australijskie lato 2016. Jest też i siostra kanadyjskiej Toyoty Previi, w Australii znana jako Toyota Tarago.
Alpine Highway i zapierający dech w piersiach widok na Góry Śnieżne od strony zachodniej.

 

Bimbi Park w Great Otway National Park w stanie Victoria, nasze ulubione miejsce podczas siostrzanej podróży, gdzie koale spały sobie cicho w koronach drzew nad naszymi głowami.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *