Blog posts

Byle wyżej. Ucieczka w Góry Śnieżne.

Byle wyżej. Ucieczka w Góry Śnieżne.

Australia, Wycieczki na weekend

Gdy jest się daleko od domu, podświadomie szuka się podobieństw, miejsc i rzeczy, które mogłoby się wydawać znajome, które łatwiej oswoić i które będą ten dom przypominać.

Tak było u mnie z górami. Wprawdzie wychowałam się w Krakowie i jeszcze kilka lat temu nie uprawiałam żadnych sportów zimowych, ale czuć było tę bliskość Tatr. Góry były blisko. Znajomy krajobraz zawsze był górzysty. Płaskość budzi we mnie niepokój. Na przykład taka Wielkopolska. Jadąc pociągiem na linii Warszawa – Poznań – Berlin było mi nieswojo i czułam się autentycznie przygnębiona płaskością terenu. Do szczęścia są mi potrzebne linie wertykalne.

Rodzice co roku zabierali nas na piesze wycieczki. W Tatry, w Beskid, w Bieszczady. Był to nasz letni rytuał do momentu, kiedy weszłyśmy z siostrą w ten beznadziejny okres dojrzewania, kiedy wszystko, co proponują rodzice wydaje się bez sensu. Więc na kilka lat zbuntowałam się przeciwko górskim eskapadom i myślałam, że ten etap zostawiam za sobą.

Góry jednak zostały gdzieś w sercu i jak uspokoiły się hormony, usłyszałam ponownie w sobie ich zew. W 2012 roku wyjechaliśmy z Drifterem do Kanady i mieszkając w samym sercu gór, w stolicy sportów zimowych, w Whistler, czuliśmy się jak w raju. Nauczyłam się jeździć na desce, pokochałam ten sport i wszystko, co z nim związane. Na stokach spędziłam prawie 40 dni tamtej zimy, a w lecie znów zaczęliśmy górskie wędrowanie. Po powrocie do Polski chciałam więcej, więc wracałam w Tatry, nie raz sama, żeby uciec od tłumów, wspiąć się wyżej, pójść dalej, oczyścić umysł.

1

Życie bywa przewrotne, więc akurat w momencie, kiedy na nowo pokochałam góry, nadszedł czas wyjazdu do Australii. Płaskiego, pustynnego kraju, o którym delikatnie mówiąc rzadko słyszy się w kontekście sportów zimowych. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Każdy w Polsce gdzieś tam w szkole kiedyś pewnie usłyszał o Górze Kościuszki, ale było to wyobrażenie co najmniej abstrakcyjne. Poza tym niewiele. Ale ciekawość pozostała, więc jednym z pierwszych miejsc, w jakie wybraliśmy się po moim przyjeździe były Góry Śnieżne.

Góra Kościuszki ma prawie taką samą wysokość co polskie Rysy. Tej wysokości jednak w ogóle nie czuć, ponieważ Góry Śnieżne nie mają w sobie nic alpejskiego, nie ma tu stromych uskoków i głębokich przepaści, przypominają raczej łagodne Bieszczady. Elementem krajobrazu, który najbardziej jednak przypomina o tym, że to jednak nie Ustrzyki są eukaliptusy. W Australii praktycznie nie ma drzew iglastych, a jeśli nawet jakieś się trafią, to są zupełnie inne od tych znanych w Europie. Eukaliptusy są egzotyczne w swoim kolorze i w swoim zapachu. Nigdy nie sądziłam, że można tęsknić za drzewami, a jednak jak wjechaliśmy na teren parku narodowego, poczułam dziwne ukłucie. Dopadła mnie tęsknota za zapachem. Lasu, świerków, mchu… Tam pachniało wilgocią i eukaliptusem.

DSC07284

DSC07415

Żeby wspiąć się na Górę Kościuszki trzeba przede wszystkim najpierw mieć samochód, bo Góry Śnieżne znajdują się naprawdę daleko (prawie 500 km na południowy zachód od Sydney), a transportu publicznego jako takiego nie ma. W zimie kursują wprawdzie autobusy do głównych kurortów narciarskich (tak, powtórzę, kurortów narciarskich 🙂 ), ale w lecie jest raczej cicho i pusto. Pomimo tego, że główne miasteczko Thredbo cieszy się dość sporym zainteresowaniem Australijczyków i… Polaków, to jednak nie ma porównania między ilością odwiedzających je turystów a, powiedzmy, kolejką na Giewont.

Trudno mi opisać to dziwne uczucie, które zawsze mnie dopada w tych odludnych australijskich miejscach. Myślę, że tutaj są do tego po prostu przyzwyczajeni, ja jednak wciąż odczuwam jakiś bliżej nieokreślony niepokój gdy, pomimo wielu samochodów mijanych po drodze, jedziemy godzinami przez te puste przestrzenie. Odcinek drogi od Sydney do Canberry jest raczej nudny i monotonny, bo jedzie się cały czas ruchliwą autostradą. Za Canberrą trzeba odbić na zachód w kierunku Jindabyne i tam gwałtownie zmienia się krajobraz. Samotnie stojące domy, martwe kikuty drzew i suche gałęzie uruchamiają wyobraźnię. Jak taki fragment trasy, gdzie dookoła nie ma nic oprócz tych suchych drzew i wielkich, samotnie walających się głazów. Przedziwny pejzaż. Pierwotny, irracjonalny, prehistoryczny…

DSC08555

DSC08510

Przejeżdżając przez Canberrę na chwilę wjedziemy do ACT – Australian Capital Territory, „okręgu stołecznego” jak to ja nazywam. Jest to osobny stan, gdzie panują nawet osobne przepisy na drodze. W ACT można też na przykład legalnie kupić fajerwerki, a nigdzie indziej w Australii nie.  Za jakieś pół godziny znów będziemy w NSW, Nowej Południowej Walii. Czysta abstrakcja.

Gdzie warto zatrzymać się po drodze? Co ciekawe, opcji nie ma zbyt wiele i podczas tak długiej podróży pojawia się dylemat, gdzie zjeść coś lepszego niż McDonald’s. Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo, wstyd przyznać, za każdym razem jak jechaliśmy w te góry zatrzymaliśmy się właśnie w McDonald’s. Roadtrip rządzi się swoimi prawami, tak się przynajmniej sama przed sobą tłumaczę. Może więc warto spakować na drogę kanapki. Pierwszą ciekawszą „miejscowością”, czyli kilkoma domami przy ulicy jest Bredbo. Jadąc w kierunku Jindabyne po lewej widoczny jest Bredbo Inn, gdzie panuje charakterystyczny dla każdego australijskiego przydrożnego pubu klimat. Pani zabarem jest bardzo miła, poleje zimne piwo (dopuszczalny limit alkoholu we krwi podczas jazdy samochodem to 0,5 promila) i poopowiada ciekawe historie. Można się też załapać na tani posiłek domowej produkcji. Bredbo pełne jest ex-mundurowych. Tak nam przynajmniej powiedziała ta pani za barem. Nie umiała już wytłumaczyć dokładnie dlaczego. Tak więc dziwne miejsce, ale z klimatem. Można zasięgnąć języka jeśli chodzi o region, na ścianie wisi fajna mapa i wszyscy klienci pubu ochoczo podzielą się swoimi rekomendacjami.

W Bredbo jest jeszcze jedno „kultowe” ponoć miejsce. Mini sklep-muzeum ozdób bożonarodzeniowych z całego świata, Christmas Barn. Nie byłam jeszcze w środku, sądząc po zdjęciach, trzeba się przygotować na mocne wrażenia, bo ilość cukierkowatego kiczu może być ciężka do strawienia, ale znajoma z Jindabyne opowiadała mi, że jest to miejsce wyjątkowe i obowiązkowy punkt w drodze do Gór Śnieżnych.

Następnie dotrzecie do Cooma. Jest to samozwańcza „stolica Gór Śnieżnych”. Większe miasteczko z „aleją stacji benzynowych”, stoi ich tam chyba z sześć obok siebie, a potem jest jeszcze… McDonald’s. Uwaga, nie wszystkie stacje benzynowe po drodze są czynne 24/7, więc warto napełnić bak w okolicach Canberry. Za to im bliżej Jindabyne, tym więcej sklepów z serwisem narciarskim i wynajmem sprzętu zimowego zobaczycie po drodze i co ciekawe te miejsca owszem, będą otwarte 24/7. Ma to sens biorąc po uwagę, że masa ludzi z Sydney wybierze się w góry w piątek wieczorem i wypożyczy cały potrzebny sprzęt przed sobotą. Trzeba naprawdę kochać śnieg, żeby sobie to robić. W Cooma jest chyba największy i najlepiej wyposażony sklep sportowo-zimowy na świecie, Rhythm Snow Sports. Miejsce doprawdy imponujące, trzypoziomowe, z nieskończoną ilością nart, desek snowboardowych, rękawiczek, kurtek i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Naprawdę warto tam zajrzeć, choćby nie robiąc zakupów. Ceny wypożyczenia sprzętu są dużo bardziej atrakcyjne niż w popularnych kurortach, a obsługa miła i profesjonalna.

Tuż przed wjazdem do Cooma (wjeżdżamy od strony północnej) rozejrzyjcie się dobrze w okolicy Snowy Hydro Discovery Centre. Po lewej stronie drogi znajduje się niepozorny, acz awangardowy pomnik poświęcony Tadeuszowi Kościuszce oraz ogólnie Polonii w Górach Śnieżnych. Co autor pomniku miał na myśli pozostaje wielką zagadką. Forma tego imponującego obelisku przywodzi na myśl dyskotekowe lata ’80 i jest to, uważam, punkt obowiązkowy dla każdego Polaka na trasie. Warto sobie też przy tym pomniku podumać dlaczego Góra Kościuszki nazywa się tak a nie inaczej. Australijczycy raczej nie mają pojęcia, ale i Polacy chyba nie specjalnie. Zagadka wyjaśni się w swoim czasie podczas tego wpisu.

DSC08405

DSC07242

W końcu dojeżdżamy do Jindabyne. Urokliwe to miasteczko, położone nad ogromnym, przepięknym jeziorem, oplecione górskimi zboczami. Jest to tradycyjnie tańsza baza noclegowa pomiędzy kurortami zimowymi w Thredbo, Perisher i Charlotte Pass. Mam ogromny sentyment do tego miejsca, może dlatego, że byłam tam już trzy razy w przeciągu ostatniego pół roku, bez specjalnej przyczyny. Kojarzy mi się chyba z Polską. Wreszcie zmieniają się pory roku, w kwietniu całe jezioro mieniło się jesiennymi (tak, jesiennymi w kwietniu) kolorami klonów i topoli, na początku zimy (czyli w czerwcu) pachniało palonym w kominku drzewem. Wreszcie miałam powód, żeby owinąć się ciepłym szalikiem i ubrać na głowę ulubioną czapkę z napisem „Tatry”. Było swojsko i przytulnie. Hoteliki w Jindabyne są mocno oldschoolowe, ale za to za 100$ dwie osoby mogą przenocować w dużym pokoju z łazienką i śniadaniem wliczonym w cenę oraz balkonem z widokiem na jezioro. My widzieliśmy nie tylko jezioro, ale kolejny pomnik kolejnego wielkiego Polaka. I tu wracamy na chwilkę do genezy nazwy Góra Kościuszki.

0 million

Otóż pierwszym (białym) człowiekiem, który wspiął się na czubek Australii był polski odkrywca i geolog, szlachcic i Poznaniak, Paweł Edmund Strzelecki. Człowiek to niesamowity, któremu Australia zawdzięcza odkrycie złóż węgla, ropy naftowej i złota. Zbadał i opisał ogromne połacie tego kontynentu. Legenda o nazwaniu Góry Kościuszki jest natomiast taka, że Strzelecki miał zobaczyć w niej podobieństwo kształtem do Kopca Kościuszki w Krakowie, a że szukał stosownej nazwy, która z jednej strony upamiętniałaby jakiegoś ważnego Polaka, z a drugiej strony miała rozgłos międzynarodowy, wybrał światowego i popularnego w tamtym czasie Tadeusza. Strzelecki przez 40 lat (!) był zakochany w kobiecie zwanej pieszczotliwie Adyną, z którą przez tych 40 lat (!!) wymieniał miłosne listy. Wraz z jednym z nich wysłał Adynie kwiat zerwany na szczycie Góry Kościuszki oraz wyjaśnił ukochanej skąd wziął się pomysł na nazwę szczytu. Strzelecki nigdy się nie ożenił, historia miłosna natomiast miała dość gorzki koniec, gdy platoniczni kochankowie spotkali się po 40 latach (!!!) i niestety wszystkie ich wyobrażenia o sobie, kim są i czego tak naprawdę pragną prysnęły i zderzyły się z bardzo brutalną rzeczywistością. Jak to często w życiu bywa.

DSC08503

DSC08499

Nikt tutaj jednak nie zna tej historii. Nikt też nie umie wypowiedzieć imienia i nazwiska Naczelnika. Dlatego też Australijczycy mówią o swoich najwyższym wierzchołku pieszczotliwie Kozzie (od angielskiej wersji fonetycznej Koziosko, wersji, od której Polakowi puchną uszy). A jak już komuś uda się wejść na szczyt to może się dumnie otagować #conquerkozzie, a co. Ja jednak uważam, że większość tych przechwałek jest bezpodstawna, a to dlatego, że większość turystów wybiera drogę na skróty, mianowicie kupuje bilet tam i z powrotem na wyciąg krzesełkowy i dopiero z górnej stacji zaczyna swój spacer. Tak, świadomie piszę spacer, bo jednak pomimo 6,5 km do przejścia, żeby dojść na szczyt, nijak ta trasa nie przypomina niczego wyczynowego. Idzie się po specjalnie skonstruowanym w tym celu metalowym, płaskim chodniku. My postanowiliśmy wejść i zejść jak się należy, od początku do końca. Trasa wyniesie wtedy około 18-19 km w sumie i najtrudniejszy jest właśnie ten najkrótszy odcinek na samym początku, czyli faktycznie wspinaczka. Myślę, że jeśli chodzi o poziom trudności można ten szlak porównać do wchodzenia na Giewont czy Kasprowy, ale widoki po drodze są fajne no i praktycznie zero turystów, co jest ogromnym plusem. Około 16:00 zamykają wyciąg krzesełkowy, więc jak ktoś nie chce schodzić na piechotę, to mieć ten deadline w pamięci. Kto jednak zdecyduje zejść pieszo, może sobie pozwolić na spokojniejszą kontemplację panoramy, która rozciąga się z szczytu. U nas popadała delikatna mżawka i było naprawdę zimno, pomimo, że w stóp gór środek lata i upał. Ale byliśmy tam na szczycie sami i to było super. Wypiliśmy „za zdrowie nasze i wasze” Kosciuszko Pale Ale (swoją droga znakomite piwo, warto odwiedzić browar w Jindabyne i zjeść pyszny obiad w Banjo Paterson Inn), cyknęliśmy parę fotek z polską i australijską flagą powiewającą na wietrze (to był bardzo wzruszający pomysł Driftera, który niósł te obie flagi cały czas na szczyt w tajemnicy przede mną) i powoli, bez pośpiechu, zaczęliśmy schodzić. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze dzikie konie, brumbies. Było mgliście i magicznie.

DSC07570

DSC07495

Tydzień temu pojechaliśmy znów w Góry Śnieżne, tym razem do kurortu narciarskiego Perisher, tydzień po otwarciu sezonu. Niestety śniegu było jak na lekarstwo, tak naprawdę udało im się naśnieżyć kilka stoków za pomocą armatek i działały tylko dwa wyciągi. Pomimo to jeździliśmy cała sobotę i pół niedzieli, zanim trzeba się było znów pakować do vana i wracać do domu. Jak na pierwszy wypad tej zimy nie mogę narzekać: rozruszałam trochę nogi i zaliczyłam prędkość 65km/h, nie najgorzej jak na półtoraroczną przerwę. Zimowych zdjęć jeszcze nie mam, ale najnowsze wiadomości donoszą, że w zeszły weekend napadało ponad 80 cm świeżutkiego śniegu i wszystkich ogarnęło białe szaleństwo. Zima się dopiero zaczyna i na pewno nadarzy się niedługo okazja do lepszego sprawozdania z australijskich stoków.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *